Wspomnienie

Zbigniew Rysiecki

JASKINIA ZAWAŁ

1. Jak odkryliśmy Zawał.
Był styczeń 1974. Parę dni wcześniej wróciliśmy
z zimowego obozu. Jeszcze czuliśmy w kościach Sylwestra
i posylwestrową akcję w Śnieżnej. Jak to bywa w Nowym Roku
z nowymi planami, naładowani pozytywną energią.

Na klubowym zebraniu, jak to było w zwyczaju, zaproponowałem kolejny cel - „jedziemy szukać nowych jaskiń w skałkach podlesickich”. Chęć wyjazdu wyrazili Broniu [Bronisław Łabanowicz] i Zwirzu [Tadeusz Kisielowski].
Zima była słaba. Bez śniegu, parę stopni poniżej zera. Wolnych sobót wtedy nie było. To znaczy były, ale gdzieś tam za żelazną kurtyną, gdzie niedobrzy kapitaliści wyzyskiwali biednych robotników. Wyjechaliśmy więc w sobotę 19 stycznia po pracy. Nie mieliśmy samochodu. Jeździło się pociągiem do Zawiercia i dalej „pekaesem”. Dotarliśmy do Podlesic gdy zmierzchało. Szybko doszliśmy do „Schroniska w Podlesicach koło Kroczyc I”. Tu zamierzaliśmy przespać noc. Zaskoczyło nas, że było tak zimno. Chłodno miało być, ale żeby od razu -20°C ? Do tego trochę wiało. Trudno, musieliśmy być dzielni. Zjedliśmy kolację, której głównym daniem, pamiętam jak dziś, była „Zupa błyskawiczna ogonowa” – przebój tamtych lat. Ubraliśmy na siebie wszystko co mieliśmy i wskoczyliśmy do śpiworów. Producenci śpiworów w tamtych czasach nie mieli zwyczaju podawać w jakich temperaturach uzyskamy komfort, ale po pół godzinie mieliśmy jasność, że nasze „anilanki” tej nocy się nie sprawdzą. Wstaliśmy, zaczęliśmy się rozgrzewać. Nie, nie, nic z tych rzeczy, alkohol na naszych wyjazdach wtedy pojawiał się rzadko i tylko przy specjalnych okazjach. Zrobiliśmy naradę. Uznaliśmy, że w okolicy nie ma jaskini gdzie dałoby się zabiwakować i gdzie byłoby cieplej. Podjęliśmy decyzję, że aby nie zamarznąć, musimy się intensywnie ruszać. Postanowiliśmy kopać do rana.
Problem mieliśmy na miejscu. W północnej części sali było zagłębienie. Zaczęliśmy w nim kopać. 10 minut i zmiana. Wykopaliśmy głęboki dół. Po kilku godzinach, gdy do naszego wykopu trudno już było zejść bez liny, uznaliśmy, że narzędzia jakimi dysponujemy (grabki ogrodnicze i saperka) są już niewystarczające. Musieliśmy się poddać. Do rana było jeszcze daleko. Pobiegłem poszukać jakiegoś problemu
w okolicy gdzie można by pokopać do rana. Znalazłem lej po północnej stronie grani. Piękny. Zaczęliśmy znowu kopać. Ale trochę „duży”.
Gdy w kolejce przypadła mi rola „odpoczywającego” – ruszyłem szukać jeszcze innych problemów. I wtedy, parę metrów dalej, znalazłem ją.
W leju, pod ścianką 2 metrowa studzienka, parę metrów pochylni, znowu mała studzienka i koniec. W sumie miało to głębokość z 10 metrów głębokości. Ale najważniejsze - z piargu, zamykającego dalszą drogę, sączyło się ciepłe powietrze. W otaczającym nas świecie gdzie wszystko było przemarznięte do granic możliwości, to było jak źródło życia. Pobiegłem po chłopaków. Porzuciliśmy poprzednie problemy, przenieśliśmy nasze bety pod nowy otwór i zaczęliśmy tu grzebać. To była salka zasypana wapiennym gruzem przemieszanym z gliną i humusem. Salka miała powierzchnię około 4 x 2 metry. W północnej części salki kamienie tworzące próg obrastał potężny, spróchniały korzeń. 10 metrów pod ziemią ! Co tu kiedyś rosło ? Kopaliśmy w dół, wzdłuż południowej ściany, pokrytej ładnymi naciekami. Cały czas delikatnie „wiało”. Trochę pokopaliśmy, później owinięci w śpiwory – drzemaliśmy. Ale zimnego powietrza z powierzchni napływało znacznie więcej niż ciepłego z jaskini. Zmarzliśmy jakkk... Jeszcze dziś się trzęsę.
O świcie zimno wygoniło nas na powierzchnię. Biegaliśmy wzdłuż ścian Dudnika żeby się rozgrzać. Wstał piękny, słoneczny poranek. Dudnik wyglądał inaczej niż dziś. Nie był tak zarośnięty. Owszem, było tu kilka większych buków i trochę leszczyny, szczególnie po północnej stronie. Od południa grań była goła. Jedynie u podnóża porastał
z rzadka sosnowy młodnik. Oglądaliśmy wały usypane wokół otworu i zastanawialiśmy się ile pracy musieli tu włożyć szpatowcy. Największą zagadką było jak głęboko szpatowcy dotarli w „naszym” problemie. Głębokość położonej nieopodal Jaskini Podlesickiej, bo tak nazywana była wtedy Studnia Szpatowców, pobudzała naszą wyobraźnię.
Swoim zwyczajem, obszedłem okolice w poszukiwaniu „nowych” problemów. Znalazłem kilka ciekawych miejsc ale żadne nie mogło konkurować z naszym nocnym znaleziskiem. Zachwyciły mnie aweny
i leje na zachód od Dudnika. Zdziwiło mnie, że nad nimi także zalegały zwały wydobytej ziemi. Przecież w nich szpatowcy nie mieli czego szukać. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że w okolicach Podlesic wydobywano także „ziemię okrzemkową”. Zwróciło moją uwagę to, jak wiele jest tu miejsc, w których ludzie kopali. Dochodziły do tego okopy
z II wojny światowej - zastanawiałem się czy może kopał je mój dziadek, bo gdzieś w te okolice wywozili go Niemcy po każdym aresztowaniu. Obiegłem także Górę Sulmową z Biblioteką, ale uznałem, że problemy tam leżące wymagałyby dużej pracy.
Zjedliśmy śniadanie. Zrobiło się trochę cieplej. Z nowymi siłami przystąpiliśmy do dalszego kopania. Studzienka pomiędzy ścianą studni a piarżystym zawaliskiem stawała się coraz głębsza. Wraz z głębokością rosło niebezpieczeństwo zawału. Ale na razie zawalisko było stabilne. Ciągle prowadził nas wyraźny (jak na Jurę) ciąg powietrza. W pewnym momencie w ścianie kopanej studzienki zaczął się odsłaniać wylot korytarzyka. Teraz dopiero rzuciliśmy się do gorączkowego kopania. Wstąpił w nas duch walki. Czuliśmy, że za chwilę puści. 10 minut
i zmiana. Kłóciliśmy się, gdy ktoś przeciągał swoją zmianę na przodku.
I stało się. Stabilne dotychczas zawalisko, w jednym momencie ruszyło w dół. Wrzasnęliśmy z przerażenia. Patrzyliśmy na Tadka, który był na dole i znikał. Nie zdążył wykonać ruchu. Płynące piarżysko przycisnęło go do ściany. Leżeliśmy nad lejem, w którego dnie, spod kamieni wystawała tylko głowa Tadka. W życiu się tak nie bałem. Przerażeni zaczęliśmy go odkopywać. Tadek miał mocną psyche. Oświadczył, że nic mu się nie stało. Mógł kręcić głową. Żartując, uzgadniał z nami kolejność wybieranych kamieni. Gdy uwolniliśmy mu ręce, pomagał nam w dalszym odgruzowywaniu. W końcówce zrobiło się znowu niebezpiecznie. Trzeba było wejść do wąskiego wykopu głową
w dół, żeby uwolnić mu nogi. Broniu opuścił mnie w dół trzymając za nogi. Wybierałem kamienie, podawałem Tadkowi, on podawał je Broniowi. I cały czas myślałem - „a jak znowu pojedzie ?”. Ale w końcu wykopaliśmy go. Wyszliśmy na powierzchnię. Ochłonęliśmy.
Zrobiliśmy herbatę a przy herbacie odbyła się „burza mózgów”. Zdania były podzielone, ale konkluzja była oczywista. „Przecież nie zostawimy takiego problemu !”
Znowu weszliśmy do jaskini. Spokojnie pooglądaliśmy zawalisko. Teraz już mieliśmy świadomość, że kopiemy w studni zasypanej wapiennym gruzem powstałym przy eksploatacji szpatu. Przy kopaniu znajdywaliśmy przepiękne „okazy” szpatu. Studnia ma swój początek
w leju, przed otworem jaskini. Czyli mieliśmy nad sobą około 15 metrów niemal pionowego piarżyska, lekko zastabilizowanego spróchniałym, może kilkusetletnim korzeniem ! Ale przekop znowu sprawiał wrażenie stabilnego. Z duszą na ramieniu wybrałem resztki osuwiska, które przywaliło Tadka. Wsunąłem się nogami do przodu do horyzontalnego korytarzyka. Może „korytarzyk” to dużo powiedziane. Ciasna pionowa szczelina, zarośnięta wspaniałymi grzybkami jaskiniowymi. Długości może cztery metry, w połowie zacisk. Określiliśmy go na Z-1. Szczelina urywała się studnią. Zawołałem żeby mi zawiązali linę. Wtedy jeszcze nie znaliśmy techniki odcinkowej. Lina zawiązana na powierzchni, biegła przez całą jaskinię. Przeciągnąłem ją za sobą i zrzuciłem do studni. Rolek też nie było. Wpięcie ósemki Fiszera utrudniała ciasnota. Zjechałem. Studnia miała 8 metrów głębokości. Wprowadzała do sali
o powierzchni 4 x 3 m. W północnej części komin, zablokowany zawaliskiem i znowu u podstawy zawaliska ogromny pień drzewa. Na głębokości 25 metrów ! Przecież nie wyrósł tu. Został tu wrzucony ? Czyżby ten zawalony komin sięgał kiedyś powierzchni ? To zagadka do rozwiązania. Kiedyś. Szpatowcy tu chyba nie dotarli. Nie było żadnych śladów pobytu człowieka. Od sali w kierunku wschodnim odchodzą dwie odnogi z kominami. Jest trochę nacieków, ale bez szaleństw. Nie tak ładne jak te w górnych partiach. W kierunku zachodnim szczelinowy korytarz, zablokowany zawaliskiem. Zawalisko wygląda beznadziejnie.
O wiele gorzej niż to, przez które właśnie się przekopaliśmy. Ale to stąd wydobywa się strumień powietrza ! To ten sam, który wcześniej był naszym przewodnikiem. Beznadzieja. Ale wykonałem próbne grzebnięcie. Może ...? W kierunku południowym, niewielki prożek sprowadza do salki z pięciometrowym kominem. Ekipa zjechała do mnie. Nie braliśmy pod uwagę tego że zawalisko znów może popłynąć. Cieszyliśmy się jak dzieci. Wyszliśmy z jaskini. Postanowiliśmy nadać jej nazwę „Jaskinia Zawał”. Wracaliśmy w wybornych nastrojach.
Na przystanku w Podlesicach - pełny luz. Nie to co latem, kiedy szturmujący drzwi autobusu tłum spychał nas do rowu a selekcjonujący
na schodkach autobusu kierowca wołał „z plecakami nie biorę”. Peron zawierciańskiego dworca kolejowego, na którym przesiadywaliśmy godzinami, oczekując na swój pociąg, to był nasz drugi dom. Zimno zupełnie nam nie przeszkadzało. Ech, młodość …!


Dalsze losy Zawału.
Nie umieliśmy skonfrontować naszego odkrycia
z dotychczasowym stanem wiedzy o jaskiniach rejonu. Nie mieliśmy wtedy dostępu do inwentarza jaskiń Jury. III tom „Jaskiń Polski”
K. Kowalskiego to było moje marzenie. Niestety, w tym czasie był nieosiągalny. Kserokopię „Jaskiń Polski” zdobyłem kilka lat później. Dopiero wtedy stwierdziliśmy, że Kowalski inwentaryzację jaskiń Jury Środkowej i Północnej traktował „dość pobieżnie”. Chyba było za daleko od Krakowa. Zresztą, uwzględniając ówczesne realia, doskonale
go rozumiem. Na Dudniku zinwentaryzował „Schronisko
w Podlesicach koło Kroczyc I” i „Kopalnię Kalcytu w Podlesicach koło Kroczyc” (Studnia Szpatowców) a położone pomiędzy nimi, w niewielkiej odległości, znacznej przecież wielkości obiekty „Zawał” i „Małą Studnię Szpatowców” uznał za niegodne inwentaryzacji. Nie mieliśmy kontaktu
z miejscową ludnością i jakoś nie wpadliśmy na to, że można by informacji szukać gdzieś w Podlesicach. Ależ byliśmy głupi ! Czy młodość usprawiedliwia głupotę ? Co za brak profesjonalizmu. Ale my ciągle byliśmy początkującymi grotołazami, którzy bez przewodników musieli się do profesjonalizmu przebić.
W Klubie wiadomość o odkryciu wywołała duże poruszenie.
W tydzień po odkryciu pojechaliśmy do Zawału dużą, kilkunastoosobową ekipą. Mając w pamięci zimno, które tak nam dokuczyło na poprzednim wyjeździe, tym razem pojechaliśmy
w niedzielę. Teraz mogliśmy spokojnie pooglądać jaskinię i nacieszyć się odkryciem, a także dokładnie przyjrzeć się miejscom, które dawałyby szanse na dalsze odkrycia.
Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę były nacieki. Zaczynały się już przed jaskinią. Na ścianach wokół otworu. Naruszone przez szpatowców, wyoblone przez erozję i korozję bo wystawione
na intensywne działanie warunków atmosferycznych pokazywały, że to czego szukamy pod ziemią było kiedyś częścią czegoś znacznie większego. Bo nacieki pokrywają także ściany leżącego tuż obok komina krasowego (nazwanego później „Babie Nogi”), a wymycia i kotły wirowe powstałe pod okapem sąsiedniej ściany musiały powstać
w warunkach jaskiniowych. Czy kiedyś, biegł tu korytarz łączący „Zawał” z „Małą Studnią Szpatowców”, „Studnią Szpatowców” a może
i „Schroniskiem w Podlesicach koło Kroczyc I”, który został całkowicie wyerodowany ? Jest to dość prawdopodobne. Ale na odpowiedź – jaka jest geneza zjawisk krasowych tego rejonu przyjdzie jeszcze poczekać. Gdy przyjrzeć się naciekom bliżej to ilość pytań rośnie. Grube warstwy kalcytu, których miąższość miejscami przekracza 1 metr musiały powstawać w korzystnych dla rozwoju krasu warunkach. Takie warunki panowały tu dawno temu. Na przykład w miocenie. Czy nasza jaskinia może być tak stara ? Czy da się określić jej wiek? Na początku lat siedemdziesiątych jeszcze nie stosowano datowania nacieków metodą izotopową. Dziś ta metoda mocno wspomaga badania, choć ma swoje ograniczenia. Ale w dolnych partiach naszej jaskini ilość nacieków maleje. Skąd taka różnica pomiędzy górnymi i dolnymi partiami ? Czy to oznacza, że gdy powstawały nacieki w górnych partiach to w dolnych panowały inne warunki ? Czy może dolne partie były wypełnione wodą ? To, że bywały okresy kiedy woda stagnowała tu wysoko, widać na przykład w kominie obok („Babie Nogi”) a także dolnych partiach „Zawału”. Nie sposób nie wspomnieć o grzybkach jaskiniowych.
W „Zawale” grzybki przybierają wspaniałe formy i rozmiary. To rodzaj nacieków, których powstawania wtedy kompletnie nie umiałem sobie wytłumaczyć. Dopiero ładnych parę lat później, gdy zobaczyłem kilka dużych systemów jaskiniowych, zrozumiałem jak powstają. Świadczą
o długim pobycie pod ziemią wypływającego powietrza, o dużym nasyceniu węglanem wapnia. A usytuowanie jaskini ? Dziś
w wierzchołkowych partiach jednego z najwyższych wzniesień środkowej Jury. Ale kiedyś Jura wyglądała inaczej. Skałki przyozdabiające naszą Jurę były większe i mniej spękane. Doliny były wąskie a Dudnik był od doliny znacznie oddalony. Przesączające się przez szczeliny
w wapiennej skale wody tworzyły jaskinie, a potem je niszczyły. Dziś szukamy resztek tych jaskiń i „Jaskinia Zawał” jest przykładem takiej „umierającej” jaskini.
Skały Podlesickie i Góra Zborów to rejon w którym obok jaskiń powstałych w wyniku działania procesów krasowych występują jaskinie, w których powstaniu miały udział procesy tektoniczne.
Dudnik pocięty jest gęstą siecią spękań. Na pęknięciach tych, powstało wiele obiektów jaskiniowych, leżących dość blisko siebie. Geneza tych jaskiń to wyzwanie. Sytuację komplikuje to, że są przesłanki pozwalające podejrzewać, że w powstawaniu niektórych jaskiń tego rejonu miały udział procesy ascensyjne. Ale tektoniczny cukierek mamy w samym „Zawale”. W głębi „Zawału” można zobaczyć kilka stosunkowo „młodych”, rozwartych nawet na około 10 cm, pęknięć tektonicznych. Na krawędziach tych pęknięć można obserwować nacieki przerwane
w wyniku powstania tych pęknięć. Można dokładnie, w wielu miejscach zmierzyć kierunek i wielkość przemieszczeń. Nacieki wyglądają
na „młode”, holoceńskie. Parę takich już widziałem i datowałem. Określenie wieku tych nacieków pozwoli określić datę ostatniego wielkiego trzęsienia ziemi w Podlesicach. Ciekawe czy pęknięcia nastąpiły w wyniku ruchów lądolodu czy też wyniku uwolnienia naprężeń orogenezy alpejskiej. To powinno się dać wyjaśnić.
W jaskini występuje ruch powietrza. Niezbyt silny ale wyraźny. Niewielka siła przepływu świadczy o tym,że drugi otwór, którego usytuowania na razie nie umiemy określić, leży na zbliżonej wysokości. Natomiast wspaniale wykształcone grzybki jaskiniowe mówią, że powietrze długo przebywa pod ziemią i ma czas nasycić się cząsteczkami kwaśnego węglanu wapnia, a następnie odparowuje, szczególnie w przewężeniach, gdzie rośnie prędkość przepływu
i ciśnienie. Powietrze pojawia się w zawalisku w zachodniej części dolnej sali, jakby sugerując przepływ z kierunku „Jaskini Podlesickiej”.
Oglądałem miejsca gdzie można by spodziewać się ewentualnych kontynuacji. Szału nie było. W końcówce jaskini spąg pokryty był zakurzonym szutrem. Nie zachęcał do dalszego kopania. No może,
w północno – zachodniej części sali było coś w rodzaju lejka. Ale uznałem, że było to „stare i nie dynamiczne”. Najciekawsza, niewątpliwie, była odnoga w północno – zachodnim narożniku sali, na którą zwróciłem uwagę podczas pierwszego pobytu. Kończyła się ciasną szczeliną zablokowaną zawaliskiem. Szczelina była ciasna. Zawalisko wyglądało na bardzo niebezpieczne. Ale to stamtąd płynął strumień powietrza. Pomyślałem, że - może kiedyś ? Na Jurze tyle jest problemów łatwiejszych. W starych partiach było kilka miejsc, które mogły budzić lekki niepokój eksploratora, ale wszystkie wymagałyby ogromnego kopania. Przede wszystkim zastanawiałem się, dlaczego w „Zawale” nie widać miejsca z którego eksploatowano szpat. Owszem, trochę szpatu odkuto w okolicach otworu, ale dalej nie było śladów działalności szpatowców. Usypisko obok otworu i droga tu prowadząca wskazywałaby, że „Jaskinia Zawał” była kiedyś poważną kopalnią. Czy to możliwe, że szpatowcy, po zakończeniu eksploatacji, zasypali miejsce,
z którego eksploatowali szpat ? Przecież to była głęboka, może kilkunastometrowa studnia ! A może zasłonili partie odchodzące
na wschód na poziomie -6 m ? Tak czy inaczej wyjaśnienie tych wszystkich zagadek odłożyłem na później. Tego dnia zjechaliśmy jeszcze do „Jaskini Podlesickiej” i wróciliśmy do Katowic.
Tydzień później, już na początku lutego, pojechaliśmy
do „Zawału” po raz trzeci. Tym razem jechał z nami Maniek (Marian Czepiel), który jako jedyny w naszym Klubie posiadał „sprzęt
do mierzenia jaskiń”. Cóż to był za sprzęt ! Duża busola turystyczna, której igła nie mogła się uspokoić i klinometr, zrobiony z jeszcze większego kątomierza kreślarskiego i pionu. Maniek nie mógł z nami jechać wcześniej, bo pracował na otworze wiertniczym na lubelszczyźnie i przyjeżdżał na Jurę raz w miesiącu. Pojechaliśmy znowu liczną ekipą,
w sobotę. Postanowiliśmy, że tym razem zabiwakujemy w „Zawale”. Transport sprzętu biwakowego przez ciasny korytarzyk był nieco uciążliwy, ale ciepło podziemnego biwaku warte było tego drobnego wysiłku. W tym okresie wykształciliśmy już własną szkołę „chodzenia
po jaskiniach”. Podczas gdy inni, szczególnie krakusi, ale za nimi także członkowie śląskich klubów biegali po jaskiniach i przechwalali się „przeszliśmy „Śnieżną” w sześć godzin, na dwóch czekoladach !”, my chodziliśmy po jaskiniach dostojnie, starając się dokładnie je oglądać,
a nasze posiłki trwały długo i budziły powszechny podziw. Gdy rozkładaliśmy biwak, wyciągaliśmy zapasy i robiliśmy ucztę. Ci co mieli okazję z nami działać to wiedzą. Tak było i tym razem. Rozłożyliśmy materace pneumatyczne (karimat jeszcze nie było), nadmuchaliśmy
i poszliśmy spać. Następnego dnia pomierzyliśmy jaskinię, jeszcze raz przyjrzeliśmy się ewentualnym problemom eksploracyjnym
i pozostaliśmy przy wcześniejszych ocenach. Żeby nie wyjść z wprawy, znowu przeszliśmy „Podlesicką” i wróciliśmy do Katowic z myślą - „może kiedyś ?”.


„Zawał” znowu niedostępny
Minęło parę miesięcy. Jeździliśmy do innych jaskiń. Planowaliśmy, że w czerwcu pojedziemy do „Zawału” i „grzebniemy” kontrolnie w paru miejscach. Nie zdążyliśmy. Jakoś w połowie maja, Ścieżka (Bożena Czepiel) wybrała się do „Zawału” ze swoim nowym chłopakiem. Wcześniej przyszła do mnie wypytać o usytuowanie otworu i opis jaskini. Wrócili z wieścią, że „Zawał” się zatkał. Przy zejściu do ciasnego korytarzyka wpadł im duży kamień. Nie umieli go wyciągnąć. Próbowali go przepchnąć nogami, ale zaklinował się w korytarzyku.
W połowie czerwca wybraliśmy się z Broniem żeby wyciągnąć ten kamień. Okazało się, że piarżysko w naszej przekopanej studni osunęło się i zawaliło wylot korytarzyka. Nie mieliśmy sił, żeby kolejny raz się przekopywać.
Powoli zapominaliśmy o „Zawale”. Żyliśmy bardzo intensywnie. Wiele się działo. Jakoś pod koniec 1974 roku „zirytowałem się”
na zebraniu śląskiej OKSpel. Przy podsumowaniu sezonu letniego wszyscy mówili o letnim obozie i dobrych przejściach Krakowskiego Klubu Turystyki Jaskiniowej. Ciekawe, bo gdy nasz klub zrobił to samo rok wcześniej, to nikt tego nie zauważył. Mało tego, stwierdziłem, że nikt także nie zauważa naszych odkryć. Uświadomiłem sobie, że pijar jest ważny. Dostrzegłem, jak inni nim manipulują. Postanowiłem, że wydamy biuletyn. Pretekstem stało się XV-lecie naszego Klubu. Przygotowania
do „lecia” były gorączkowe. Jak to bywa przy takich przedsięwzięciach, wszystko było za późno. Oczywiście za późno też szło wydawanie biuletynu. Brak doświadczeń wydawniczych mocno dawał się we znaki. Na wszystkich etapach. Od wyegzekwowania materiałów od autorów, przez opracowanie, przepisywanie na maszynie, do drukowania. Gdy odebraliśmy biuletyn z drukarni, a było to dosłownie tuż przed imprezą XV-lecia, to okazało się, że plan „Zawału” jest kompletnie „skopany”. Widocznie, gdy Maniek, po upływie prawie dwóch lat, które minęły
od odkrycia, usiadł do opracowania planu, to wyszło, że szkic, który sporządził w „Zawale” jest trochę „mało szczegółowy”. W efekcie powstał plan, który z grubsza oddaje charakter jaskini, ale błąd w skali pomniejszył jaskinię dwukrotnie i w rzeczywistości jest karykaturą jaskini. Natomiast przekroju Maniek w ogóle nie szkicował a zdecydował się go narysować „z pamięci”. A ta, jak to z pamięcią czasem bywa,okazała się „dobra ale krótka”. Zatrzymanie nakładu nie wchodziło w rachubę. Biuletyn sprzedał się jak świeże bułeczki. I w ten sposób skarlały „Zawał” przeszedł do historii.
Zauważyłem oczywiście, że Maniek wpisał jako odkrywców zespół, który mierzył jaskinię dwa tygodnie po odkryciu. Wtedy nie miało to dla mnie znaczenia. W pierwszym momencie założyłem, że ten błąd spowodowany jest upływem czasu albo nadmiarem alkoholu
w momencie sporządzania planu. Dopiero kilka lat później zorientowałem się, że najprawdopodobniej, był to błąd zamierzony. Maniek bardzo chciał być odkrywcą. Dużo robił w tym kierunku. Wyszedł ze szkoły Górnego. I to on zaraził mnie bakcylem eksploracji jaskiń. Ale w tej dziedzinie chcieć to za mało. W połowie lat siedemdziesiątych już wyraźnie było widać kto w Speleoklubie Katowice jest liderem
w dziedzinie eksploracji. Maniek zazdrościł nam odkrycia. Postanowił zostać „odkrywcą wbrew faktom”. W notatce o odkryciu zastąpił nazwiska odkrywców, nazwiskami zespołu pomiarowego. Założył, że nikt nie zwróci na to uwagi a jego nazwisko pojawi się wśród nazwisk odkrywców. Dla nas to nie miało najmniejszego znaczenia. My chodziliśmy po jaskiniach, odkrywaliśmy i to nam wystarczało. Problemy z dokumentowaniem, inwentaryzowaniem zostawialiśmy innym.
Do głowy by nam nie przyszło, że ktoś ktoś chce nas okraść.


Babie Nogi
Minęło parę lat. Znów zapomnieliśmy o „Zawale”.
Ja postawiłem tezę, że społeczeństwo prezentuje zbyt niski poziom świadomości ekologicznej. Że każda, nowo odkryta na Jurze jaskinia, zostanie zniszczona. Programowo zaniechałem eksploracji jaskiń
na Jurze. W tak zwanym „międzyczasie” wróciłem do eksploracji Jury tylko raz – dla „Wiernej”. Zająłem się górami Austrii później Czarnogóry. W 1979 roku Akademicki Klub Speleologii i Alpinizmu przy Śląskiej Akademii Medycznej zajął się inwentaryzacją jaskiń Skał Podlesickich. Gdy w moje ręce trafił wydany przez nich biuletyn „Alpiniste Complet”, to zdziwiło mnie, że chłopcy piszą iż otwór „Zawału” jest „niedostępny
a osady i liście całkowicie zamykają światło korytarzyka wstępnego”. Trzymetrowej wysokości otwór przysłonięty liśćmi ? Przy najbliższej okazji pojechałem sprawdzić. Oczywiście „Zawał” był na swoim miejscu. Okazało się, że AKSiA nie rozpoznała go z planu Mańka. Bo nie mogła. Plan przedstawiał jakby inny obiekt. AKSiA wykonała własny plan, słusznie zestawiając dwa sąsiadujące ze sobą obiekty jako tworzące kiedyś jedność. Nadała im nazwę „Babie Nogi”. Chyba trochę szkoda, że chłopcy z AKSiA nie skontaktowali się z nami. Ale wtedy, mimo że nasze Kluby mieściły się blisko siebie, to członkowie tych klubów nie utrzymywali ze sobą żadnych kontaktów. Zastanawiałem się wtedy, czy to dlatego, że nie wypada żeby przyszli lekarze, „inteligenci”, utrzymywali stosunki z prymitywami z PTTK ? Niestety jakość nowego planu,delikatnie rzecz ujmując, znowu nie była dobra. Niemniej, nazwa w środowisku się przyjęła. W ten sposób w kolejnych latach
w środowisku funkcjonowały „zgodnie” obok siebie „Zawał”, niby całkowicie zasypany i „Babie Nogi”. Znowu minęło paręnaście lat.
Reaktywacja
W 2010 roku brałem udział w pracach przy udostępnianiu Jaskini Głębokiej. Wynająłem pokoik, a właściwie to można by powiedzieć – pięterko, u sympatycznej sołtyski Podlesic, Bożeny Pasierb. Bożena
w tym czasie, a właściwie chwilę wcześniej, zabrała się za wprowadzanie Podlesic do współczesności. Zmiany w organizacji ruchu turystycznego w rezerwacie Góra Zborów, agroturystyka w Podlesicach, ratowanie Jaskini Głębokiej, budowa Centrum Dziedzictwa Kulturowego – prosta dziewczyna ze wsi, jeszcze przed chwilą zabitej deskami, w polskiej rzeczywistości – można by książkę o tym napisać. Mogła by mieć tytuł „Wśród wilków”.
Popołudniami miałem mnóstwo wolnego czasu, więc pieszo,
na biegówkach lub na rowerze przemierzałem okoliczne wzgórza szukając krasu i nie tylko. To piękny i bardzo ciekawy rejon. Oczywiście nie mogłem w tych wycieczkach ominąć Dudnika i „Zawału”. A zima była piękna tego roku. Padający, mokry śnieg okleił drzewa
i napowietrzne linie elektryczne na tyle obficie, że drzewa się połamały, przewody pozrywały i Podlesice, na jakiś czas, odcięło od świata. Było romantycznie. Piękne, piętnastometrowe sosny rosnące na zboczach Dudnika także nie wytrzymały naporu śniegu. Krajobraz był „jak
po wojnie”. Kikuty połamanych sosen, oklejone śniegiem kępy leszczyn, przygięte do ziemi młode brzozy. Wszystko w zwałach świeżego śniegu. Trudno było się przedrzeć. „Zawał” w zasadzie bez zmian. Pochylnia Szpatowców bez śniegu. Do Zawalonej Studni powpadało dużo kamieni. Poziom zawaliska podniósł się, przez te trzydzieści parę lat, o jakieś trzy metry. I jak przed 36 laty tak i teraz, ze szczelin pomiędzy ścianą
a piarżyskiem sączyło się ciepłe powietrze. Z nostalgią wspominałem stare czasy i przyjaciół, z którymi pokonaliśmy zawalisko. Przez głowę przemknęła myśl – a może by, jeszcze raz, przekopać się do głębszych partii ? A może by tak, jeszcze raz, przyjrzeć się tej zawalonej szczelinie na dole ?
Jakoś, chyba w czerwcu, odwiedził mnie w Podlesicach Stiv (Stefan Nowak), mój przyjaciel i stary partner górski. W ostatnich latach robiliśmy piękne rzeczy w masywie Hocher Goll. Pokazałem mu „Zawał” i podzieliłem się z nim swoimi niepokojami. Podjęliśmy decyzję – kopiemy. Wymyśliliśmy, że Stiv będzie przyjeżdżał z Poznania co jakiś czas i „pomalutku”, nie śpiesząc się, spróbujemy jeszcze raz przebić się przez zawalisko. Gdybym wtedy wiedział w co się pakujemy ...
Zaczęliśmy jakoś jesienią. Problem był w tym, że nie umiałem określić miejsca, w którym należy rozpocząć kopanie. Południowa ściana Zawalonej Studni miała szerokość ponad 5 metrów. Wydawało by się,
że to niewiele. Ale,problem w tym, że po około sześciu metrach kopania w niestabilnym zawalisku trzeba trafić w korytarzyk o szerokości 30 cm. Miejsce, w którym zaczynaliśmy kopanie przed laty, było przykryte kilkumetrową warstwą kamiennego gruzu. Kiedyś, przed laty miałem pamięć fotograficzną. Mogłem zamknąć oczy i widziałem każdy fragment jaskini, w której wcześniej byłem. Niestety, z upływem czasu,
z tysiącami jaskiń, które widziałem, ta zdolność mi zanikła. Wybrałem więc miejsce „na wyczucie”, założyłem, że gdziekolwiek będziemy kopać to i tak nas wyrzuci na nasz korytarzyk. Zaczęliśmy kopać. Nieźle nam szło. Początkowo przekładaliśmy kamienie
w podstropowych partiach Studni Zawalonej. Odsłoniliśmy przejście
do kominka rozwiniętego w kierunku południowym z ładnymi naciekami grzybkowymi. Pod nim studzienkę, do której wejście blokowała ogromna wanta. Już wiedziałem, że nie idziemy „drogą odkrywców”. Ale kierunek był „niezły”. Założyłem, że jeśli będzie się kontynuowała, to jest szansa na przebicie się do dawniej odkrytych partii. Musieliśmy się przegrupować i zdobyć odpowiedni sprzęt. Na kolejnym wyjeździe zamontowaliśmy kolejkę do wyciągania kamieni i użyliśmy wiertarki akumulatorowej. Z postępem prac bywało różnie. Czasem posuwaliśmy się o pół metra a czasem zdobywaliśmy nawet dwa metry w czasie kilkudniowej sesji eksploracyjnej. W pewnym momencie doszliśmy
do zacisku. Okazał się trudniejszy niż pierwotnie ocenialiśmy. Transport „urobku” był koszmarny. Kolejność czynności była mniej–więcej taka : wejście w zacisk – podgarnięcie butem kamyka – przyklęk
z jednoczesnym skrętem bocznym – szukanie w ciemno i złapanie
w dłoń kamyka (kamienie większe niż pięść nie mieściły się) – pokonanie zacisku pod górę – przeciągnięcie ręki z kamieniem i podanie go
do góry. W ten sposób musieliśmy za zaciskiem wytworzyć tyle miejsca, żeby się tam zmieścić i popatrzeć - co dalej. Trudno opisać jak się tam namęczyliśmy. W pewnym momencie Stiv wkurzył się. Pokonał zacisk głową w dół, później wyciągałem go za nogi. Ja bym się na to nie odważył. Nie te lata. Można powiedzieć – emocje nas poniosły. Ale
w końcu – przeszliśmy. Pooglądaliśmy i poddaliśmy się. Uznałem,
że tędy jednak nie puści.
Wybrałem nowe miejsce. Dwa metry na wschód. Łatwo było tylko przez chwilę. Po dwóch metrach kopania dotarliśmy do szczeliny, którą trzeba było poszerzać. Znowu tempo nam spadło. Na tym etapie zaczęli nas wspomagać przyjezdni goście. Pierwsza przyjechała Jaga (Agnieszka Samsel). Weteranka z Goll'a. Dzielna – przyjechała na rowerze. Nakopała niewiele. Nie chciała też spróbować naszych nalewek, mimo że namawialiśmy ją, stosując cały nasz talent negocjacyjny. Ale, żeby nie było, że jest „nieużyta”, to zjadła cały słój wiśni z nalewki. Jako dżentelmenom, nie wypadało nam sprawdzać jaki jest ślad jej roweru, ale do dziś męczy nas podejrzenie, że nie był on całkiem prosty. Później przyjechał z Poznania Grzesiu Fligiel. Z mojego pokolenia. Młodość spędził w Gliwicach. Była okazja, żeby powspominać Dżilo Dagh. On
do Dżilo dojechał, ja nie, choć bardzo chciałem. Kiedyś najechali nas TOPR-owcy. Taka wycieczka zakładowa. Robili objazd po polskich rejonach krasowych, w ramach odpoczynku po sezonie zimowym. Zrobiliśmy taką imprezę, że nad ranem musiałem się udać do Bożeny
po swoje stare zapasy alkoholu. Kiedy indziej zaskoczył nas Norbert Sznober. W środku nocy, siedzieliśmy ze Stiv'em w środku jaskini,gdy przy otworze pojawiło się światło. Byliśmy zdziwieni. W ciągu dnia staraliśmy się tak działać, żeby ciągle,ktoś z nas był na powierzchni
i pilnował pozostawionych tam rzeczy. W nocy rzeczy pilnowały się same. Jedynie musieliśmy pamiętać o podwieszeniu na drzewach żarcia, bo przychodzący do nas w nocy kot, uznał, że zamiast polować łatwiej mu będzie zaopatrzyć się w naszej spiżarni. W nocy więc siedzieliśmy często w jaskini razem. A tu nagle światło ! Wyszliśmy więc. Okazało się, że to Norbert. Chodził po Jurze i robił inwentaryzację. Nie znał dobrze rejonu Dudnika. Pytał gdzie są te „Babie Nogi”. Gdy powiedzieliśmy mu, że my kopiemy w Zawale, a nie w Babich Nogach, i opowiedzieliśmy mu o perypetiach z nazewnictwem, to jakby nie do końca nam wierzył. Chwilę pogadaliśmy, po czym wyciągnął swój topofil i zaczął mierzyć
a my poszliśmy kopać. Jego nocna, solowa działalność zrobiła na nas wrażenie. Parę razy przyjechał Jacek Sikora - Metyl. To najwyższa półka eksploracyjna. I duża kultura osobista. W światku grotołazów to rzadkość. Lubimy z nim działać. Rzadko przyjeżdża. Podejrzewamy, że po dramatycznych przeżyciach przed kilkoma laty, kiedy kilka miesięcy przeleżał w śpiączce, żona niechętnie go puszcza do jaskiń. Chyba uważa, że Jacek limit szczęścia już wykorzystał i nie należy prowokować opatrzności. W „Zawale” wyróżnił się trawą. Wymyśliliśmy tak. Żeby wydobyty przez nas z jaskini szuter nie drażnił turystów, to wysiejemy na nim trawę i w ten sposób trochę go „zamaskujemy”. Kupno trawy jako „zadanie domowe” zleciliśmy Metylowi. My mieszkaliśmy
w miastach, tu nie ma trawy. On, mieszkaniec małej miejscowości, trawę ma na każdym kroku. Rozmawialiśmy o tym, trochę żartując. Dlatego byliśmy trochę zaskoczeni, gdy na kolejnym wyjeździe Metyl oświadczył – mam trawę. Po czym opowiedział jak ją zdobył. Poszedł do sklepu
i poprosił o trawę. Sympatyczna pani zapytała – a jaką pan chce, gdzie będzie ją pan siał. Okazało się, że są różne rodzaje trawy. Metyl odpowiedział – w lesie. Pani zamilkła. Stała patrząc na Metyla i widać było, że bije się z myślami – facet mówi poważnie czy żartuje, czy aby jest przy zdrowych zmysłach ? Chyba tego nie rozstrzygnęła, bo już bez słowa, wzięła pierwszą z brzegu paczkę trawy i podała Metylowi. Oczywiście, w odpowiednim momencie zasialiśmy. Wyrosła pięknie, zielona, wysoka na 15 centymetrów. Śmialiśmy się, że teraz turyści nie zauważą naszego szutru, ale na pewno zwróci ich uwagę nasz wspaniały trawnik. Od tego czasu przy każdym naszym przyjeździe ktoś nam towarzyszył. Wspomogła nas też zaprzyjaźniona firma z Poznania wypożyczając nam agregat, dzięki czemu mogliśmy wreszcie robić grzanki. W szczelinie dotarliśmy do zakrętu, za którym spodziewaliśmy się rozszerzenia, ale spotkało nas rozczarowanie. To mnie zaskoczyło. Drugi raz pobłądzić w salce o powierzchni 10 metrów kwadratowych ? Chyba się starzeję. Ale w końcu - na czasie nam nie zależy. A zabawa była przednia. Czas płynął. Wyznaczyłem do kopania trzecie miejsce. Znowu dwa metry na wschód. Żeby zaoszczędzić na transporcie, kamienie wydobywane z nowego problemu przerzucaliśmy do studni wykopanej poprzednio. Niestety, kamieni wydobywanych było zawsze więcej niż miejsca w studniach. Transporty na powierzchnię stały się stałym, utrudniającym postęp, elementem naszych prac. Na szczęście dołączył do nas Jacek - Jacek Pošepny. Siła spokoju. To nas wzmocniło. Potrzeba nam było trochę rozwagi bo zaczęło się robić niebezpiecznie. W wykopie na południowej ścianie studni rozpoznałem nacieki, wzdłuż których kopaliśmy w przeszłości. Co z tego – starą trasę blokowały ogromne bryły kalcytu. Skąd się tu wzięły ? Nie pamiętam ich z kopania przed laty. Gdzie szpatowcy znaleźli taką strefę, gdzie można było odłupać/odstrzelić bryły szpatu o objętości większej niż metr sześcienny ? Teraz, podmyte przez wodę, wyjechały z zawaliska
i blokowały drogę. Próbowaliśmy je obejść, ale wyrzuciło nas na wschód. Gdy w wykopie przekroczyliśmy głębokość 5 metrów zrobiło się groźnie. Drobny szuter osypujący się spomiędzy want w zawalisku stabilizowałem za pomocą pianki poliuretanowej. Ta metoda, wydawało by się , dość kontrowersyjna, wbrew pozorom pozwalała chwilowo stabilizować zawalisko. Oczywiście zakładaliśmy, że po otwarciu przejścia usuniemy piankę z jaskini. Mieliśmy także świadomość,
że odwiedzający jaskinię grotołazi, tradycyjnie uczuleni na ekologię, będą mieli zastrzeżenia do tego rozwiązania. Postanowiłem znowu przerwać kopanie. Gdy nad głową wisi kilkanaście ton luźnych kamieni to w pewnym momencie psyche nie wytrzymuje. Nie zmienił mojej decyzji nietoperz czołgający się przez zawalisko i radośnie zrywający się do lotu. Od wschodu wyraźnie wiało. Czyżbym się mylił i nasz korytarzyk był bardziej na wschód niż pamiętałem ? Doprawdy, nie wiedziałem już co o tym wszystkim myśleć. Podziwiałem Stiv'a i Jacka. Czemu jeszcze wierzyli w ten korytarzyk, o którym im tyle opowiadałem wieczorami ?
Kolejną próbę postanowiliśmy wykonać najdalej na wschód. Tam szczelina pomiędzy ścianą a zawaliskiem wydawała się mieć najwięcej pustek. Tamtędy też przedzierały się nietoperze. Jeśli one mogą, to może my też przejdziemy ?
To była już nasza czwarta studnia w zawalisku. Kopanie przebiegało tym razem błyskawicznie. Wybierając kamienie, zasypywaliśmy poprzednio wykopaną studnię.
W ciągu trzech dni wygrzebaliśmy pięciometrową studnię. Ale zrobiło się dramatycznie niestabilnie. Nie widziałem możliwości zastabilizowania zawaliska zagrażającego nam od wschodu w dolnych partiach wykopu. Zawalisko w kierunku wschodnim stawało się coraz bardziej coraz bardziej ażurowe. Dobrze byłoby pójść w tym kierunku, ale trzeba by zacząć od góry.
Znowu więc musieliśmy przerwać kopanie w tym miejscu. Każdy kto przerywał, wie jakie to jest stresujące. Mój stres sięgnął zenitu.
Nie wiedziałem co robić. W takich sytuacjach zwykle odrywaliśmy się
od kopania, piliśmy piwo, jechaliśmy do domu żeby się z „tym” przespać.
Wróciliśmy z nowy siłami, pełni nadziei, że przejdziemy. Przecież ten korytarzyk gdzieś tam jest. Wymyśliłem, że jeszcze raz zaatakujemy miejsce od którego zaczynaliśmy. Wiedziałem, że nie dojdziemy tędy
do „naszego” korytarzyka. Ale pamiętałem, że w północnej części „naszej dolnej sali” był komin zablokowany zawaliskiem. Założyłem, że ten komin musi się łączyć z tą częścią Zawalonej Studni. O przykrościach jakie sprawił nam „tamten zacisk” już trochę zapomnieliśmy. Zabraliśmy się ochoczo do kopania. Oczywiście musieliśmy znowu wyciągać kamienie, którymi sami, chwilę wcześniej zasypaliśmy tą studnię. Żartowaliśmy, że to przez Stiv'a, że to on nawrzucał tu najwięcej. Stiv, jak zawsze, uśmiechał się, brał całą winę na siebie i ciągnął kamole
do góry.


Mityczna studnia.
Któregoś dnia na Przełączce Daniela mignął mi jakiś turysta. Pokazał się i zniknął. Jakby chciał się przed nami ukryć. Turyści nawiedzali nas
od czasu do czasu. Jedni wypytywali co robimy, inni przemykali
w milczeniu. Ten mnie zastanowił. Zawrócił czy zszedł ze ścieżki ? Lepiej sprawdzić takiego gościa. Wiem to od czasu spotkania z Heńkiem Furmanikiem przed laty. Ale to inna opowieść. Wyjrzałem na przełączkę. Okazało się, że za przełączką tych „turystów” jest więcej. Rozłożyli się, wyraźnie zamierzali spędzić tu jakiś czas. Podszedłem do nich. Młodzi chłopcy. Zagadałem. Okazało się, że są z Zawiercia. Nie należeli do żadnego klubu jaskiniowego. Przyjechali szukać „Studni Słonkiewicza”.
Studnia Słonkiewicza wymaga wyjaśnień. Usłyszałem o niej parę lat wcześniej. Jeszcze zanim podjęliśmy „reaktywację Zawału”. Zjeżdżałem kiedyś na rowerze z Dudnika. W pewnym momencie drogę tarasował traktor zakopany w piachu. Traktor był piękny. Samoróba. Z dużym kołem zamachowym, pasem transmisyjnym przenoszącym napęd, ogromną kierownicą, która chyba pamiętała czasy szpatowców. Przy traktorze siedział dziadek. Tak na oko dałbym mu siedemdziesiąt lat. Później w rozmowie okazało się, że ma osiemdziesiąt pięć. Nazywał się Marian Słonkiewicz. Siedział i pilnował traktora z przyczepą wyładowaną chrustem. Syna posłał do wsi, żeby sprowadził drugi traktor, który by ich wyciągnął z piachu. Siedzieliśmy przy tym traktorze i słuchałem wspaniałej opowieści o życiu mieszkańca maleńkiej wioski. Było
o wojnie, bo wojna wywarła ogromny wpływ na losy jego pokolenia. Było o partyzantach, ten temat interesował mnie mocno, bo w leżących nieopodal lasach sierbowickich bazę miał oddział mojego ojca. Było
o Niemcach, bo pan Marian Słonkiewicz był „wywieziony na roboty” do Niemiec. Było o wojsku, bo po powrocie z robót objął go pobór. I było wreszcie o szpacie. Opowiadał o tym jak jego brat natrafił na Studnię Szpatowców, jak radzili sobie w trudnym terenie, jakie techniki stosowali. I opowiadał o studni. Studnię odkryli pod koniec eksploatacji szpatu. Była podobno bardzo głęboka. Miała przewieszone ściany
i piękne nacieki. Oni nie znali technik alpinistycznych. Studnia była dla nich bardzo trudno dostępna. Postanowili ją zakopać. Zakryli otwór stalową blachą, przywalili dużym kamieniem i zasypali ziemią. Zakładali, że odkopią ją gdy skończą się inne źródła kalcytu. Ale zapotrzebowanie na kalcyt znikło. Przerzucili się na wypalanie wapienia. Później i to przestało się opłacać. Studnia Słonkiewicza na wiele lat poszła
w zapomnienie. Dopiero ostatnio pojawili się ludzie zainteresowani historią wydobywania szpatu. Opowieść się urwała gdy przyjechał syn
z drugim traktorem. Wyciągnęli samoróbę z piachu i pojechali
do Podlesic. Później spotkałem się z panem Marianem, chciałem go namówić, żeby mi pokazał wyrobiska szpatowe i opowiedział o nich.
Ale jakoś nie miał czasu. Jeszcze później dowiedziałem się, że zmarł.
Tyle pytań chciałbym mu zadać...
Ja urodziłem się na Jurze. Słyszałem wiele tutejszych opowieści. Opowieść pana Słonkiewicza była wiarygodna. Wierzę, że ta studnia istnieje. To, że ją znajdziemy, to tylko kwestia czasu. Wielokrotnie rozmawialiśmy o niej ze Stivem i Jackiem. Wytypowaliśmy miejsca, gdzie ta studnia mogłaby się znajdować. Planowaliśmy, że po odnalezieniu naszej zawalonej studni w Zawale natychmiast zabierzemy się za poszukiwania Studni Słonkiewicza. A tu nagle taki numer. Ktoś jeszcze zna opowieść o tej studni i próbuje się do niej dostać !
Wróćmy do naszych „turystów”.Zapytałem skąd wiedzą o Studni Słonkiewicza ? Okazało się, że pracują z Marcelim Ślusarczykiem.
Ja Marcelego poznałem przy okazji prac przy Jaskini Głębokiej. Koordynował te prace z ramienia Towarzystwa Miłośników Ziemi Zawierciańskiej. Wcześniej, z „moją sołtyską” Bożeną Pasierb, Andrzejem Tycem z Uniwersytetu Śląskiego i paroma jeszcze osobami, budował podwaliny pod funkcjonowanie ruchu turystycznego
w rezerwacie Góra Zborów. Był też współautorem pięknego albumu „Góra Zborów i okolice”. Właśnie przy opracowywaniu tego albumu poznał Mariana Słonkiewicza. I usłyszał opowieść o studni. Marceli nigdy nie chodził po jaskiniach. Ale opowieść Słonkiewicza chyba była przekonywująca, bo i jego porwała. Namówił chłopaków do kopania. Słonkiewicz przed kilkoma latami pokazał Marcelemu usytuowanie studni. Ale eksploracji nie podejmuje się tak łatwo, gdy się wcześniej nie miało z nią do czynienia. Marceli ściągnął znajomego z wykrywaczem metali. Niestety wykrywacz nic nie pokazał. Marceli był uparty. Ściągnął więc różdżkarza. I różdżka wychyliła się aż miło w miejscu, które wskazał pan Marian. Podjęli więc decyzję o kopaniu. Nie wiedzieli, że dokładnie pod nimi jest sala odkryta przez nas przed czterdziestoma laty. A tak nawiasem mówiąc, czy spotkaliście się ze skutecznym działaniem eksploracyjnym różdżkarzy ? Zastanawiałem się, czy chłopcy z Zawiercia wiedzieli o tym, że w okolicy my działamy ? Moim zdaniem, musieli widzieć ślady naszej działalności. Odległość między otworem Zawału
a miejscem, w którym podjęli kopanie wynosi 20 metrów. Czy słyszeli
o „eksploracyjnym savoir vivre” ? Marceli miał kontakt z ludźmi
ze środowiska. Chociaż raczej z odłamem tego środowiska, który savoir vivre uważa za śmieszny przeżytek. To, że jakby chcieli się przed nami ukryć, nie najlepiej o nich świadczy. Powiedziałem im, że pod nimi jest nasza sala, że tędy się nie dokopią bo strop sali jest lity. Chyba nie uwierzyli, bo kopali dalej. Zostawiłem ich. Do wieczora zrobili piękny wykop. Ale dno wykopu stanowiła lita skała. Czyżby pan Marian źle zapamiętał usytuowanie studni ? A może w ostatniej chwili rozmyślił się i postanowił zachować informację o studni w tajemnicy ? Tego się już nie dowiemy. Wieczorem przyjechał Marceli. Przyszli pod Zawał, zasiedliśmy przy nalewce paprykowej i chwilę pogadaliśmy. Pojechali i więcej ich nie widzieliśmy.
Po ich wyjeździe postanowiliśmy, że na chwilę zmienimy priorytety. Postanowiliśmy, że przerwiemy kopanie w Zawale i zrobimy w okolicy przegląd miejsc, w których szpatowcy kopali i sprawdzimy czy nie ma gdzieś zakopanej studni Słonkiewicza. Następnych kilka wyjazdów poświęciliśmy na kopanie w różnych miejscach. Sprawdziliśmy siedem takich miejsc. Studni nie znaleźliśmy. Oprócz tego, że zdobyliśmy wiedzę o różnych fragmentach masywu Dudnika, jedynym praktycznym skutkiem tych prac było oczyszczenie z gruzu Mini Studni Szpatowców. Taką nazwę nadaliśmy siedmiometrowej głębokości studni bez nazwy położonej 40 metrów na południe od otworu Studni Szpatowców. Po tej kilkumiesięcznej kampanii eksploracyjnej, postanowiliśmy wrócić do naszego pierwotnego planu - odkopać partie w Zawale a następnie zająć się poszukiwaniem Studni Słonkiewicza. Minęło parę miesięcy, gorączka wywołana szukaniem Studni Słonkiewicza opadła.
Powrót do Zawału.
Odpoczęliśmy psychicznie i co tu dużo mówić, trochę stęskniliśmy się za walką w Zawale. Wróciliśmy do kopania naszej studzienki. Poszerzyliśmy zacisk. Tym razem atakowaliśmy, nie tak jak poprzednio na południe, lecz pionowo w dół. Znowu posuwaliśmy się „jak burza”. Nie bez przygód. Któregoś razu, niewiele brakowało żeby duża wanta, którą transportowaliśmy do góry, urwała mi nogę. Kiedy indziej, którejś nocy, Stiv czekając na kolejny ładunek nad studnią, zasnął i wpadł do studni. Przeleciał osiem metrów. Mieliśmy szczęście, bo skończyło się na potłuczeniach i otarciach. I nagle i niespodziewanie skończyło się. Po raz pierwszy dotarliśmy do spągu. Dalszą drogę w dół zamykała piękna, masywna polewa kalcytowa. Niemal pozioma. Zastanawiałem się, kiedy ta jaskinia przestanie nas zaskakiwać. Niezwykle ciekawe byłoby teraz kopać poziomo nad tą polewą. Ale podkopywać się pod zawalisko o miąższości około 20 metrów ? Niby można, ale to wymagałoby stosowania solidnej obudowy, trzeba by ściągnąć materiały i sprzęt. Pooglądałem dokładnie sposób ułożenia want w zawalisku
i stwierdziłem, że ryzyko jest za duże.
Znowu musieliśmy przerwać. Znowu poczucie porażki. Znowu musiałem podjąć decyzję, co dalej. Jacek nieśmiało sugerował żeby wybrać całe zawalisko. To oczywiście byłoby najlepsze rozwiązanie. Ale to wymagałoby wyciągnięcia na powierzchnię od 150 do 500 metrów sześciennych kamieni. Pomijając ogrom pracy, którą należało by wykonać, to przede wszystkim było oczywiste, że ochrona środowiska tego nie wytrzyma. Kolejny raz wybrałem miejsce, w którym mieliśmy podjąć kopanie. Bałem się patrzeć w oczy Stiv'owi i Jackowi. Przecież zaczęliśmy kopać cztery lata wcześniej. Stiv próbował obliczyć czy już minęła setna sesja eksploracyjna i zastanawiał się czy nie powinniśmy zorganizować jubileuszu. Właściwie w Zawalonej Studni już nie było miejsca, żeby kopać nową studnię. Tam chyba nie było kamienia, którego byśmy trzy razy nie przerzucali z jednej studni do drugiej. Tym razem oficjalna teza usprawiedliwiająca kopanie brzmiała: kopiemy
w miejscu „trzeciej” studzienki. Po dotarciu do ogromnych brył kalcytu, które poprzednio odrzuciły nas na wschód, rozkujemy te bryły i to pozwoli dotrzeć do „naszego” korytarzyka. W istnienie tego korytarzyka wierzyłem już chyba tylko ja. Ale to miłe, że Stiv i Jacek bez zmrużenia oka, przyjęli moją tezę. Prawdopodobnie przez te cztery lata, mieli czas aby sobie uświadomić, że prawdziwy odkrywca musi czasem sto razy przegrać żeby później smak zwycięstwa był lepszy. Poza tym, Jackowi nie zależało na szybkim przekopaniu się. Twierdził, że niedługo przechodzi na emeryturę. Zbuduje sobie szałas i zamieszka tutaj. Bo tu jest pięknie. No i musi mieć co robić. Trochę mu nie wierzymy, bo chyba nie do końca uzgodnił ten plan z wnukami.
Gdzie chłop nie może - feminizacja
Zaczęliśmy kopać i nagle wydarzyło się coś, co przewróciło nasz spokojny, poukładany świat do góry nogami. A było to tak. Przyjechała ekipa z Myszkowa żeby przejść Studnię Szpatowców. Po przejściu jaskini przyszedł do nas Mariusz Smorąg. Trochę pogadaliśmy. Mariusz powiedział, że są z nimi jakieś baby. Zapytał czy może je do nas przyprowadzić, bo są bardzo ciekawskie ale się wstydzą. Od razu wiedzieliśmy się, że pytanie ma charakter grzecznościowy, bo Mariusz zaznaczył, że i tak nie da się ich zatrzymać. Stiv jak zwykle w takich sytuacjach, bez zastanowienia rzucił – „Jasne niech przychodzą”. No
i przyszły. Stiv z facetami zaczął natychmiast sprawdzać czy nasze nalewki jeszcze się nie zepsuły a Ela (Elżbieta Noszczyk) i Ola (Aleksandra Janus) wsiadły na mnie i zadały mi tysiąc fundamentalnych pytań o krasie i eksploracji. Na żadnym egzaminie, których parę w życiu musiałem zdawać, nie było tak ciężko. Przydusiły mnie do ziemi po czym strasznie się cieszyły, wołając – „o jejku, skąd ty to wszystko wiesz ?” Potem zajrzały do Zawału, wyszły i zadecydowały - one pomogą. Wypytały nas kiedy będzie następna sesja eksploracyjna i pojechały. Pomyśleliśmy, trudno, niech przyjeżdżają. Panienki przyjadą, zobaczą, że kopanie to nie takie hop-siup i szybko im się znudzi. Trochę poprzeszkadzają, ale przecież nam się nie śpieszy. Dziewczyny były sympatyczne. Poza tym były szczupłe. Pojawiła się szansa, że jak się dokopiemy do naszego korytarzyka, to ktoś go pokona.
No i przyjechały. Początkowo wprowadziły trochę nerwowości. Bo my zerwaliśmy się o świcie – no bo zaraz baby przyjadą. Ale okazało się,
że spoko – przyjechały dwie godziny później niż byliśmy umówieni. Zdziwiliśmy się później. Wpuściliśmy je na przodek. I nagle okazało się, że my tu już nie jesteśmy potrzebni. Dziewczyny kopały tak, że serce rosło. Ja widziałem „przy robocie” wiele dziewczyn. Było wśród nich parę „gwiazd”. To co pokazały Ela i Ola wprawiło mnie w osłupienie. Wiaderka z urobkiem, które dotąd wędrowały sobie spokojnie, nagle zaczęły latać jedno za drugim, tak, że ich żywotność dramatycznie spadła. Do tej pory wystarczało nam kilka wiaderek, teraz musieliśmy
co chwilę kupować nowe. Nagle z głównych eksploratorów zmieniliśmy się w obserwatorów. Wystarczyło żebyśmy je trochę pochwalili, czasem coś doradzili z pozycji ekspertów i mogliśmy sobie zasiąść przy piwie, robota sama się posuwała. Niestety, wszystko co piękne kiedyś się kończy. Nasza nowa studnia stawała się coraz głębsza, dotarliśmy
do dużych głazów. Musieliśmy się włączyć. Kilka głazów udało się wyciągnąć. Ale największy z nich tkwił w zawalisku w taki sposób, że usunięcie go mogłoby spowodować zawalenie się całej studni. Rozebraliśmy pół głazu. Drugą połowę trochę podwiesiliśmy, trochę podparliśmy. Ale żeby kopać pod nią... Na razie nikt się nie odważył. Kopaliśmy pionowo w dół. Teraz dziewczyny puszczaliśmy „na przodek” trochę rzadziej. Taktyka była taka – na początku wchodziłem ja, montowałem jakieś zabezpieczenie, później wchodziły dziewczyny wyciągały rumosz, jeśli było coś większego wchodził Stiv lub Jacek. Potem znowu wchodziłem ja i budowałem zabezpieczenie. I tak w kółko. W pewnym momencie pojawił się bardzo silny przepływ powietrza. Myślałem, że lada chwila otworzy się nasz korytarzyk. Ale potem rumosz zasypał szczelinę i przepływ osłabł. Odrzuciło nas troszeczkę na wschód. Znowu robiło się coraz bardziej niebezpiecznie. Ja wielokrotnie kopałem w dużych zawaliskach. Gdy ryzyko dotyczy tylko mnie, bywam czasem szalony. Gdy niebezpieczeństwo grozi partnerom, a jeszcze do tego oni są mniej doświadczeni - psyche siada. Parę razy widziałem jak płynie zawalisko. Musieliśmy znowu zrobić przerwę, żeby odpocząć od naszej jaskini i przespać się trochę z naszymi strachami.
Żeby dziewczyny nie widziały, że się boimy, postanowiliśmy odwrócić ich uwagę. Pretekstem stała się eksploracja rejonu Skały Podlesickie. Zaczęliśmy tą eksplorację kilka miesięcy wcześniej, robiąc przegląd ciekawszych obiektów. Teraz wybraliśmy dwa z nich – piękną studnię krasową o głębokości 5 metrów i średnicy ok. 1 metr na zachodnich zboczach Góry Sowiej i równie piękny korytarzyk pod największym okapem w okolicy u podstawy północnych zboczy Jasieńca. W studni nazwanej Paprotkowy Zakątek kierownikiem zrobiliśmy Olę. Pomogliśmy jej trochę przy oporęczowaniu i zamontowaniu układu wyciągowego. Po tym Ola zjechała na dół i już nikogo nie chciała tam wpuścić. Zupełnie się nie połapała, że kierownik to powinien siedzieć na górze i główkować nad strategią. Od czasu do czasu na kogoś pokrzyczeć i takie tam. No ale Ola jest początkującym grotołazem
i jeszcze dużo musi się uczyć. Wykopali ze Stiv'em chyba metr głębokości. Później dołączyli do reszty, która kopała w pięknym otworze pod okapem. Jaskinia dostała roboczą nazwę „Pół Eli”. Tu kierownikiem zrobiliśmy Elę i ta zachowała się identycznie jak Ola. Zajęła przodek
i za nic nie pozwoliła się zmienić. A gdy przekopała się do niewielkiej salki to jej szczęścia nie da się opisać. Po prostu unosiła się nad ziemią. Takie szczęście w oczach widzi się raz na sto lat. To miała być szkółka eksploracyjna. I chyba była. Później jeszcze wykopaliśmy malutką Jaskinię z Amonitem i znaleźliśmy koło Zagórza Jaskinię Żydowską. No, ale każde wakacje kiedyś się kończą.
Kolejny atak na „Zawał” przypuściliśmy na początku czerwca.
Po takiej przerwie kopie się zawsze lepiej. Strachy z upływem czasu maleją. Znowu wrócił rytm: obudowa - wybieranie, obudowa – wybieranie.
I znowu pojawiły się duże głazy. Duże głazy budziły u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony przyśpieszały kopanie ale z drugiej komplikowały zabezpieczanie. Przed wyrwaniem głazu z zawaliska każdorazowo przeprowadzałem analizę co ten głaz podpiera. Gdy taki głaz znajduje się na poziomie spągu i dostępność do niego jest ograniczona to przeprowadzenie takiej analizy jest też ograniczona.
A niedokładna analiza niesie niebezpieczeństwo poderwania zawaliska. Gdy siedzi się na dnie studni, którą się przed chwilą wykopało, gdy ma się świadomość, że każdy kamień w zawalisku, w którym ta studnia „została wytworzona”, podpiera ściany wytworzonej studni, to czuje się ciężar odpowiedzialności w momencie „wyrywania” każdego głazu. Siedzisz w takiej studni, oglądasz taki głaz i główkujesz -czy sąsiednie mocno go dociskają, czy zastrzał wbijać przed obruszaniem, czy zmieści się w prześwicie studni, patrzysz w górę studni i zastanawiasz się czy wszystkie głazy są stabilne, czy wszystkie zastrzały zostały dobrze oklinowane – a stopień niepewności rośnie wraz z głębokością studni. To trudno opowiedzieć, to trzeba przeżyć. Wyrywałem
te głazy,ubierałem te je w uprzęże uszyte przez Stiv'a (Ola nazwała
te uprzęże „pisanki”, bo były bardzo kolorowe, a uszył je na Święta Wielkanocne) a dziewczyny ciągnęły je do góry. Robiły to w takim tempie, że faceci ciągnący wiaderka przy otworze zaczęli narzekać na kręgosłupy. Pal licho wiaderka, one ważyły około 15 kilo, ale „pisanki” czasem osiągały 50. Jak Ola je podpinała do tyrolki to tylko ona to wie. Stiv domagał się „smarowania”, Jacek chyba wolałby sanatorium,
ja zastanawiałem się, czy ręce mogą się wydłużyć tak, żeby można było myć kolana bez schylania się. Ale do końca wyjazdu jakoś wytrzymaliśmy. Przez chwilę powiało „z dołu” tak, że mieliśmy wrażenie, że za chwilę puści. Z dużą przyjemnością obserwowałem „nasze” dziewczyny jak kopią, jak chłoną każdą wskazówkę dotyczącą eksploracji, jak emocjonują się tym co robimy. Ich pytania stawały się coraz bardziej wymagające. Zastanawialiśmy się nad tym czy po skończonym kursie eksploracji będziemy musieli otworzyć dla nich kierunek studiów eksploracyjnych i w perspektywie zacząć się zastanawiać nad tematami prac doktorskich. Na razie kopaliśmy.
Puściło ! Choć nie to co miało puścić !
Na następny wyjazd, po dwóch tygodniach, umówiłem się z Olą i Elą. Trzy osoby to za mało, żeby transportować z dna studni
na powierzchnię. Ciągnęliśmy więc kamienie z dna i odkładaliśmy je pod podestem, który zbudowaliśmy na -10 m. Znowu było ryzykownie, więc ja siedziałem na dole, a dziewczyny ciągnęły. Bałem się jak diabli, że nie utrzymają i spuszczą mi coś na głowę. Szczególnie strach rósł, gdy wanty były duże. Było niebezpieczeństwo, że ciągnięte do góry „pisanki”, wybiją jakiś element obudowy i zrzucą lawinę kamieni na głowę. Czasem siedziałem dłuższą chwilę bez ruchu, zastanawiając się który kamień ruszyć żeby nie poderwać zawaliska. W pewnym momencie pomiędzy głazami wyczułem pustą przestrzeń. Kamyki wpadające w dół, obijały się chwilę pomiędzy kamieniami po czym toczyły się chwilę po pochylni... Było trochę podobnie do sytuacji w Wiernej. Tam, kamyk wrzucany w szczelinę, wpadał do kilkumetrowej studzienki a potem toczył się po piarżystej pochylni. Eksplorator musi umieć czytać z odgłosów spadającego kamienia. Po przejściu kilku tysięcy jaskiń nabiera się takiej umiejętności. W Wiernej kamyk mnie oszukał.
Po poszerzeniu szczeliny rzeczywiście była studzienka, ale dalej,
ja wyobrażałem sobie szeroką pochylnię, a w rzeczywistości była ciasna, zapiarżona szczelina między wantami, kończąca się po 3 metrach. Kamyk wpadający tam oszukiwał nasłuchującego eksploratora,
na szczęście studnia była parę metrów dalej. Tu, w „Zawale” pochylnię też słychać było bardzo zachęcająco. Postanowiłem puścić dziewczyny jako pierwsze. Zapracowały na to. Zostawiłem im do wybrania trochę kamieni, żeby nie było, że wchodzą za darmo. Wyszedłem do góry. Powiedziałem dziewczynom, że puszcza. Chyba mi nie uwierzyły.
W końcu jeździły tu z nami już ponad pół roku i miały czas żeby się zorientować, że tu puszcza rzadko, a czas nie jest sprawą najważniejszą. A może podejrzewały jakiś podstęp ? Zjechała Ela. Posłała do góry parę wiaderek. Po chwili zawołała Olę. Ola zjechała. I cisza. Spodziewałem się okrzyków entuzjazmu a tu nic. Zjechałem za nimi. Studnia przechodziła w pochylnię a ta po kilku metrach wypadała do trójkątnej salki mniej-więcej 3 x 5 metrów. Dziewczyny z rozdziawionymi gębami, ale przez rozdziawienie przebijał uśmiech szczęścia. Poznałem od razu – to były kobiety spełnione. Chodziły wzdłuż ścian i co chwilę wołały „Zobacz, zobacz to !”. I znowu te błyszczące oczy. Miło jest widzieć kogoś kto umie tak się cieszyć z odkrycia. A nasze dziewczyny (teraz już wiedziałem, że są „nasze”) przez ostatnie pół roku kopały tyle, ile wielu „utytułowanych” grotołazów nie wykopie przez całą karierę.
I już wiedziały ile to kosztuje. W krótkim czasie stały się autentycznymi partnerkami w naszym przedsięwzięciu. Pooglądałem z nimi nacieki. Były raczej skromne w porównaniu z tymi w górnych partiach jaskini. Ale na Jurze jest tak niewiele niezniszczonych nacieków, że z każdego trzeba się cieszyć. A główną rolę grała odkryta przestrzeń. Ta przestrzeń była „nasza”.To uczucie zna niewielu. Wejść do partii gdzie wcześniej nie było nikogo. Po długiej walce okupionej wysiłkiem, siniakami, czasem nawet ranami. Walce, w której strach czasem wywoływał ciarki
na plecach. Tego nigdy nie zrozumie nikt, kto nie siedział w głębokim wykopie, nie miał nad głową kilkunastu ton skalnego gruzu i musiał wyciągnąć kolejny kamień, który cały ten gruz podpierał. I nie słyszał jak zawalisko „stęka”.
Dalszego przejścia nie było. Ale aż w trzech miejscach były szanse żeby przedrzeć się dalej. Spąg pokrywały bryły kalcytu. Było ich tu zaskakująco dużo. Te bryły wskazywałyby na to, że szpatowcy chyba jednak byli tu przed nami. Czy bryły wpadły tu po pochylni gdy odstrzeliwali kalcyt w Zawalonej Studni ? Nacieki na ścianach salki były nienaruszone. Jeśli tu byli to uznali że szpatu jest tu za mało. Nie zostawili żadnego śladu oprócz tych brył kalcytu, które mogły tu wpaść same. Wyszliśmy i zadzwoniliśmy do Stiv'a i do Jacka. Stiv stwierdził, że za tydzień przyjeżdża ale Jacek nie mógł.
Odkrycie właściwie nas zaskoczyło. Kopaliśmy już piąty rok. Niby, kopie się po to żeby puściło. My przyzwyczailiśmy się że nie puszcza. Mieliśmy taki spokój. A tu nagle puściło ! I zupełnie nie to, co miało puścić ! Odkrycie było niewielkie, ot około 20 metrów korytarza. Choć liczyliśmy, że na tym się nie skończy. Do starych partii musiało być bardzo blisko. Nowe partie rozwijały się równolegle do naszego korytarzyka. Gorączka odkrywcza sprawiła, że po kilku dniach ponownie byliśmy pod Zawałem. Zanim zdążyłem ubrać kombinezon, już wszyscy byli w jaskini. Trudno, musiałem kiblować na powierzchni i pilnować betów. Całe szczęście, że Stiv pije piwo i musi od czasu do czasu wychodzić na powierzchnię. Kiedy już dotarłem na przodek to ekipa miała pierwszy problem rozwiązany. Niestety negatywnie. Szczelina odchodząca w dół we wschodnim narożniku Sali Strażniczek zacieśniła się. Trzeba by kuć. Dziewczyny uznały, że należy spróbować gdzie indziej. Teraz za cel wybrały szczelinę w dnie odchodzącą na południe.
Z podziwem obserwowałem profesjonalizm działań tego zespołu. Tego się nie da nauczyć, z tym trzeba się urodzić. Szczelina była zablokowana dużą ilością brył kalcytu. Bryły te przerzucaliśmy do odnogi zachodniej Sali Strażniczek. Przerzucaliśmy – to niewłaściwe słowo. Kalcyt był piękny. Urzekał laminacją, różnorodnością krystalizacji. Ela, podając bryłę, mówiła – tylko nie rzucaj ! I groźnym wzrokiem sprawdzała, czy rzeczywiście posłucham i położę delikatnie bryłę pod ścianą. Zapełniliśmy tą odnogę sali po strop. Parę ton kalcytu. Zastanawiałem się, kiedy wyciągniemy stąd ten kalcyt żeby sprawdzić, co się za nim kryje. Tymczasem Ela zniknęła w szczelinie, za nią wsunęła się Ola
i leżąc na brzytwie skalnej podawała mi kalcytowe bryły. Zastanawiałem się, ile altacetu trzeba będzie zużyć żeby zlikwidować te wszystkie siniaki. Po jakimś czasie ze szczeliny dobiegł okrzyk – O, jaki śliczny !
To Ela obwieściła odkrycie pięknego, prawie 30 centymetrowego amonita z rodzaju bodajże Perisphinctes. Amonit tkwił w ściance, a jego odcisk znajdował się na spągu. Spąg stanowiła tu ogromna bryła skalna, która odpękła od ściany i spadła zaciskając korytarz znajdujący się poniżej. Na przeciwległej ścianie drugi amonit, trochę mniejszy.
Nie wiadomo czy to był syn tego większego. W ogóle nie bardzo umiem sobie wyobrazić jak one się rozmnażały. Z taką muszlą na plecach ? Dziewczyny oczyściły Amonitowy Przełaz i wezwały mnie jako eksperta do oceny sytuacji. Ja nie lubię roli eksperta. Tłumaczę zawsze, że prawdziwa eksploracja to mierzenie się z przeszkodą, która za każdym razem jest inna. Dla eksperta też. Ale dziewczyny były jeszcze na takim etapie zdobywania doświadczeń w eksploracji, że podparcie się opinią eksperta, z różnych powodów, bardzo się przydaje. Dotarłem więc
na przodek. Ciasna szczelina kończyła się lekkim rozszerzeniem. Można było się tam obrócić. Maleńka komórka obrośnięta była pięknymi grzybkami. Obejrzałem ją sobie dokładnie. Ekspertyza brzmiała – mamy kłopoty bogactwa. Z tej maleńkiej komórki odchodziło pięć ciasnych szczelin, z których każda mogła być celem ataku. W najgłębszej widać było około 5 metrów, a kamień kamień leciał – jak oceniam – jakieś
8 metrów. Były ciasne, ale gdyby się trochę podkuło … Poprosiłem
o młotek i majzel. Po kilku uderzeniach wiedziałem, że zaraz przejdziemy. W dnie salki otworzył się zacisk, za którym była 2 metrowa studzienka. Ściągnąłem Elę bliżej i zaatakowałem zacisk. Nie był trudny, jakieś Z-1, ale poubierany w uprząż, chwilę walczyłem
z ułożeniem rąk. Studzienka za zaciskiem sprowadzała do szczelinowego korytarza o szerokości ok. 1,5 metra. Pierwszą rzeczą, która zwracała uwagę były połamane nacieki zalegające na spągu. Wśród nich królował długi na ponad 1 metr i o średnicy ok 15 centymetrów, pękł na dwie części i leżał pod ścianą. Gdy Ela doszła, spróbowaliśmy go złożyć. Jaka musiała być siła wstrząsu, żeby połamać taki stalagmit ? Był piękny. Lekko przekrzywiony, bo płyta spągu, z której wyrastał, została wypiętrzona przy wstrząsie. Ciekawość gnała nas dalej. W kierunku południowym, przez obniżenie przeszliśmy do salki o szerokości
2 metrów i długości 5 metrów. Ściany, o wysokości do 4 metrów, pokrywały ładne nacieki. Ola, gdy je zobaczyła, zakrzyknęła – O, słoniki ! Rzeczywiście nacieki przypominały indyjskie, a może birmańskie rzeźby słoni stojących równiutko w rzędach, piętrowo. Ale dech zapierał spąg.
Z naciekami, które powstały na obrzeżach jeziorek, które tu kiedyś były, pokryty stalaktytami, które spadły tu w wyniku wstrząsu, porośniętymi naciekami grzybkowymi – przedstawiał obraz katastrofy, która się kiedyś tu wydarzyła. Na ścianach widać pęknięcia, rozwarte na kilka, gdzieniegdzie nawet kilkanaście centymetrów. Nacieki przerwane
w wyniku pęknięć doskonale pokazują kierunki przemieszczeń, co daje szanse na odczytanie kierunków działania sił, które wywołały naprężenia. Nacieki powstałe wewnątrz pęknięć są „młodziutkie”.
Ja stawiałbym, że wstrząs, w wyniku którego powstały te pęknięcia, miał miejsce w końcówce plejstocenu lub na początku holocenu. I pewnie było to ostatnie wielkie trzęsienie Ziemi w tym rejonie. Datowanie nacieków z krawędzi tych pęknięć powinno pozwolić na określenie daty tego wstrząsu. Podjęliśmy decyzję, że nie będziemy wchodzić do tej salki aby zachować jej naturalny stan. Nazwaliśmy ją „Cmentarzysko”. Dalsza droga na południe była zamknięta. Poszliśmy więc w kierunku północnego wschodu. Ale tu też po paru metrach korytarz przeszedł
w niedostępne szczeliny. To właśnie te szczeliny doprowadzały
tu powietrze, które spowodowało powstawanie tych przepięknych grzybków. Dziewczyny postanowiły przypuścić atak. W pierwszej szczelinie nawet nieźle im szło ale w pewnym momencie Ela zepsuła młotek. Tak to bywa jak się powierzy kobiecie porządne narzędzie. Atak bez młotka nie mógł się udać. Ela chyba miała wyrzuty sumienia, bo na następne wyjazdy przywoziła takie ilości wszelakiego sprzętu, że podejrzewaliśmy że na czas eksploracji „Zawału”, Wiesiek, mąż Eli, chyba zamyka produkcję w swoim zakładzie. Przerwaliśmy więc atak na szczelinę, w której na dnie spoczęła połowa naszego młotka, obiecując sobie, że jeszcze tu wrócimy. Teraz dziewczyny zaatakowały szczelinę
w spągu. Wkopały się pod płytę spągową i okazało się, że jaskinia ma tam kontynuację. Co one tam wyprawiały, żeby wyciągać kolejne kamienie to przechodzi pojęcie. Ekwilibrystyka dla zaawansowanych, czasem głową w dół, a gdy Ola zaczęła stosować techniki które opanowała w trakcie zajęć yogi to bałem się, że one naprawdę mi znikną w niedostępnych szczelinach i więcej ich nie zobaczę. A już tak je polubiłem ! Ale najgorsze było przede mną. W pewnej chwili oświadczyły, że znowu potrzebują na przodku eksperta. I kazały mi wchodzić w miejsca gdzie trzeba się było składać jak scyzoryk, chować nogi w bocznych kieszeniach, wciskać się pod ogromne niestabilne bloki skalne i zwisać głową w dół. Chyba zupełnie nie zdawały sobie sprawy
z tego, że eksperci nie robią takich rzeczy. Że eksperci, gdy jest niewygodnie to mówią, że trzeba zrobić wygodniejsze dojście i wracają gdy to dojście jest już gotowe. Żeby nie stracić autorytetu, trochę się powciskałem i orzekłem, że problem owszem jest i to ciekawy, choć bardzo trudny. W drugiej części ekspertyzy wyraziłem opinię, że ekipa eksploracyjna jest zmęczona i musi odpocząć. To nie była prawda. Dziewczyny porwane eksploracją i rozgrzane sukcesami mogłyby nigdy stąd nie wychodzić. Drogą negocjacji ustaliliśmy, że jeszcze tylko sprawdzą jedną szczelinkę i już wychodzimy. Jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdy wdaję się w negocjacje z babami to zawsze przegrywam. Na szczęście, gdy wkopaliśmy się w namulisko szczelinki odchodzącej na północ, to dość szybko okazało się, że drogę blokuje duża wanta, którą trzeba by rozkuć a my nie mamy ciężkiego młotka,
bo chwilę wcześniej zepsuła go Ela. W ten sposób mogliśmy wreszcie wyjść i odpocząć. My ze Stiv'em - weterani eksploracji – zachowaliśmy spokój, ale dziewczyny promieniały szczęściem. Miło jest oglądać szczęście „świeżych” odkrywców. Ich entuzjazm uświadomił mi, że setki odkrytych jaskiń spowodowały, że odkrywanie mi spowszedniało i ja już nie umiem się tak spontanicznie i naturalnie cieszyć. Ale wszyscy wiedzieliśmy, że zrobiliśmy coś niebanalnego i mieliśmy niekłamaną satysfakcję. Siedzieliśmy przed otworem i omawialiśmy co jeszcze trzeba zrobić, gdy dziewczyny podeszły do mnie i oświadczyły - Zbyszku, miałeś rację ! Ha, lubię mieć rację ! O co chodzi ? Otóż, jakiś czas wcześniej rozmawialiśmy o eksploracji jaskiń na Jurze i ochronie jaskiń. Ja, od dawna (od prawie czterdziestu lat) prezentuję pogląd, że każda nowo odkryta jaskinia na Jurze powinna zostać zamknięta. Do jaskini powinni wejść 1. odkrywcy (oczywiście starając się w trakcie eksploracji zachować jaskinię w stanie maksymalnie nie skażonym) 2. ekipa pomiarowa 3. ekipa fotograficzna 4. ekipa geologów. Każda z tych ekip wykonuje dokumentację, która jest dla wszystkich dostępna. Następnie jaskinię zamyka się i kolejne wejście do tej jaskini wykonuje już tylko ekipa geologów za, powiedzmy 25 lat. Chyba, że istnieją powody ważne, udokumentowane, które wymagają wejścia wcześniejszego. Zakładam, że takie powody będą się pojawiać tylko przy okazji prowadzonych badań i tylko przez kompetentnych ludzi. Szkoda, że stan polskiej geologii w dziedzinie badań krasu jest jaki jest. Że zajmuje się nim tak niewielu fachowców. Oczywiście, nad wszystkim powinna czuwać odpowiednio kompetentna instytucja (bez tego chyba się nie da), dysponująca kadrą ludzi i środkami służącymi do zabezpieczania jaskiń
i okresowego sprawdzania stanu zamknięć (ta kadra ludzi jest w mojej koncepcji bardzo ważna). Każdy z nas zna setki jaskiń na Jurze. Naprawdę nie musimy wchodzić do każdej. Zachowanie jaskiń w stanie nienaruszonym dla badań dla potomnych, którzy będą dysponowali lepszymi narzędziami badawczymi to ważna sprawa. Gdy parę miesięcy wcześniej przedstawiłem dziewczynom mój pogląd, to taktownie zmieniły temat, bo nie zgadzały się z nim, a jak tu polemizować z takim starym facetem schowanym za swoim autorytetem odkrywcy. Teraz, same posmakowały odkrycia i zdały sobie sprawę z tego, że wpuszczenie ruchu jaskiniowego do tej jaskini to skazanie jej na zagładę. Każdy odkrywca chciałby aby jego odkrycie trwało. I w polskich realiach to na odkrywców spada główny ciężar zabezpieczenia odkrycia. Zrobiliśmy więc naradę i ustaliliśmy jak będziemy zabezpieczać „Zawał” przed niszczycielską siłą ruchu jaskiniowego. Wiedzieliśmy, że
w środowisku jaskiniowym krążą plotki o naszej eksploracji. To mogło spowodować, że ktoś „zajrzy” do „Zawału” i narobi szkód. Przede wszystkim trzeba jaskinię zamknąć. Tu „mężem opatrznościowym” okazał się, nomen omen, mąż Eli - Wiesiek. Ela zadzwoniła
do Wieśka. Przyjechał w ciągu pół godziny. Zobaczył miejsce założenia „kraty” okiem fachowca, zaproponował rozwiązanie. Po kilku dniach przyjechał i wykonał szablon. Sześć dni od telefonu „krata” była zamontowana. Niewątpliwie najszybsza „krata” Polski – zaryzykował bym twierdzenie, że nie tylko. Poinformowaliśmy o odkryciu
i zamknięciu Damiana Czechowskiego z RDOŚ w Katowicach. Zapytaliśmy także o szanse dofinansowania zamknięcia, ale to, że jaskinia znajduje się na terenie prywatnym i sytuacja własnościowa terenu jest skomplikowana w zasadzie zredukowało te szanse
do minimum. Skontaktowaliśmy się z Andrzejem Tycem z Uniwersytetu Śląskiego i zaprosiliśmy go do współpracy. Z entuzjazmem przyjął zaproszenie, tym bardziej, że już wcześniej interesował się tą jaskinią, przeprowadził wstępne oględziny, od razu zamontował monitoring klimatu jaskini i stał się naszym częstym gościem. Zaprosiliśmy Tomka Postawę ażeby obejrzał nasze zamknięcie i wyraził opinię o jego prawidłowości pod kątem przelatywania nietoperzy. Zaprosiliśmy także podlesicki GOPR aby omówić problemy związane z potencjalną akcją ratunkową. Wcześniej podejmując ryzykowne działania w zawalisku wielokrotnie żartowaliśmy, co to będzie gdy nas przywali. Dręczyło nas pytanie czy pierwszy przyjedzie Van Cogen czy TVN. Bardzo pilnowaliśmy bezpieczeństwa bo obciach byłby okropny. Raz omal do niego nie doszło. Kopaliśmy wtedy w trójkę „Ola”, „Ela” i ja.
Na powierzchni nie było nikogo nie licząc Nikity, naszej kochanej suczki, która pilnowała otworu znosząc cierpliwie wszystkie nasze fanaberie.
W takich sytuacjach zawsze dzwoniliśmy do Stiv'a
i podawaliśmy mu godzinę alarmową. Gdybyśmy nie zadzwonili wcześniej, miał dzwonić do GOPRu. Ale wcześniej przyjechał Wojtek (Wojtek Waleczny) nasz zaprzyjaźniony nurek, który czasem przyjeżdżał do nas wspomagać albo „popilnować otworu”. Jego przyjazd wywołał trochę zamieszania. Mieliśmy teraz asekurację bezpośrednio przy otworze, więc rzuciliśmy się do kopania i zapomnieliśmy o Stiv'ie
i o ustalonej wcześniej godzinie alarmowej. Gdy wyszliśmy, żeby sobie zrobić przerwę Wojtek powiedział, że telefony do nas dzwoniły trochę natarczywie. Ale przecież zawsze tak dzwonią. Zaraz, zaraz - zawsze? Wtedy przypomniałem sobie o alarmie. Popatrzyłem na zegarek. Godzina alarmowa minęła dwadzieścia minut wcześniej. Natychmiast zadzwoniłem do Stiv'a. Za późno. Stiv zawiadomił GOPR ! Czyżby za chwilę miał tu zjawić się TVN ? Od stacji GOPRu do Zawału jest kilometr. Trudno byłoby wybrać sobie „bezpieczniejsze” miejsce do kopania
w ruchomym zawalisku. Kazałem Stiv'owi dzwonić do GOPRu
i odwoływać akcję. Po paru minutach oddzwonił. Udało się. Okazało się, że dyżur miał nasz stary znajomy z Goll'a - „Diabeł” (Marcin Pruc). Powiedział, że jeszcze nie zdążyli wyruszyć i wszystko odwołuje. Przy okazji umówił się ze Stiv'em na spotkanie pod „Zawałem” i w ten sposób nasza wpadka alarmowa skończyła się szczęśliwie.
Kolejnym trudnym problemem było podjęcie decyzji o udostępnieniu jaskini dla zwiedzających. Postanowiliśmy, że udostępnimy jaskinię dla ruchu jaskiniowego ale dopiero po prawidłowym zabezpieczeniu zawaliska w Zawalonej Studni. Niewielka kubatura najciekawszych partii powoduje, że jaskinię można zwiedzać w niewielkich zespołach (ustaliliśmy,że będą to zespoły trzyosobowe poruszające się zawsze
z przewodnikiem informującym o strefach zagrożenia i strefach ochrony). Zadania zorganizowania obsługi ruchu zwiedzających podjęły się Ela i Ola. Nie zazdroszczę im tego zadania. Podjęły się także zadania przekazywania informacji o naszych działaniach. Ażeby przerwać środowiskowe plotki o naszej eksploracji zaprosiliśmy do współpracy Maćka Pawełczyka, który na stronie internetowej napisał
o działaniach w „Zawale” a także przygotował krótką prezentację
i pokazał ją na Speleokonfrontacjach. Jednak po speleokonfrontacjach dziewczyny uznały, że przekaz Maćka jest, delikatnie mówiąc, nierzetelny. Trochę to wyglądało jakby chciał stworzyć wrażenie, że to co się dzieje pod „Zawałem” to efekt działalności grupki ludzi skupionych od jakiegoś czasu wokół niego. Postanowiły stworzyć naszą własną stronkę na „facebooku”, którą nazwaliśmy „Jaskinia Zawał – reaktywacja” na której będziemy informować w luźny sposób
o bieżących wydarzeniach pod „Zawałem”. Zaczęliśmy wpuszczać do „Zawału” pierwsze zespoły zwiedzających. Trochę to było uciążliwe, bo każda taka wizyta zmuszała nas do przerwania prac i poświęcenia trochę czasu gościom ale uznaliśmy, że trzeba znieść drobne niedogodności aby pokazać światu naszą perełkę. Miedzy wizytami gości intensywnie kopaliśmy w Zawalonej Studni. Mocno wspomagała nas
w tym czasie ekipa przyjeżdżająca z Maćkiem Pawełczykiem. I działania tej ekipy zaburzyły rytm naszych prac. Chłopcy wybrali zawalisko zbyt szeroko. Zwykle ja pilnowałem aby wykop miał właściwe rozmiary
i pozwalał na zbudowanie zabezpieczeń stabilizujących zawalisko. Ale kiedyś zdarzyło się, że musiałem być w Katowicach. Gdy Stiv, który
w ostatnim czasie specjalizuje się w wyciąganiu urobku z jaskini, zjechał
i zobaczył wykop, natychmiast przerwał prace i zadzwonił żebym przyjechał. Przyjechałem, zobaczyłem, przegrałem. Chłopcy, oczywiście chcąc zrobić dobrze, wybrali zawalisko zbyt szeroko i naruszyli jego stabilność. Nieznacznie. Ale w takiej sytuacji nie da się wrócić do stanu poprzedniego. Zawalisko zaczęło nam płynąć. Nie dało się go zabezpieczyć. Mogliśmy tylko wybierać szerzej i szerzej. Podczas gdy do tej pory kopaliśmy studnie o średnicy około 1 metra to teraz zmuszeni byliśmy wybierać studnię o średnicy około 3 metrów. To znaczyłoby, że aby zdobyć 1 metr głębokości, musieliśmy wybrać około 10 razy więcej kamiennego gruzu. Oczywiście, że nas to nie zniechęciło. Od dawna braliśmy taki wariant pod uwagę. Szczególnie gorącym zwolennikiem takiego wybierania zawaliska, od dawna był Jacek. Zaczęliśmy więc szeroko od góry. Zeszliśmy około 2 metry w dół. Pokazały się ściany
z pięknymi naciekami. Ale od strony północnej spodziewaliśmy się ściany a okazało się że tam jest zawalisko. Na przekroju zawaliska widać było dwie warstwy humusu pokazującego dawne poziomy spągu, prawdopodobnie z okresu eksploatacji szpatu. Najgorsze było to,że to zawalisko „płynęło” w dół. Świadczyły o tym kolejne drobne obwały.
Z niepokojem patrzyłem jak powiększa się pustka pod wantami tworzącymi strop naszej salki. Trzeba było je zabezpieczyć. Zacząłem
od podwieszenia ich do stropu i nawzajem do siebie. Nie wyszło
to najlepiej bo w pewnym miejscu powstała pustka, której moje śruby rzymskie nie obejmowały. Uzupełniłem to obudową drewnianą. Oklinowałem obudowę. We wszystkim wspomagały mnie „niegodziwe baby”. Stiv tytułuje tak wszystkie dziewczyny, niezależnie od tego czy niegodziwość jest im dowiedziona czy nie. Zdaje się, że chodzi tu
o niegodziwość potencjalną, która w nich drzemie i zawsze ukierunkowana jest przeciwko interesom męskiej części ekipy. Ela
i Ola podając mi narzędzia, uważnie przyglądały się co robię. Zastanawiałem się czy następne piętro obudowy zrobią już same. Faceci jak zwykle siedzieli na powierzchni i regenerowali się. Cała operacja trwała pełną szychtę. Następnego dnia wróciliśmy do wybierania kamieni. Dobrze szło. Tylko zmęczenie rosło. Po całym dniu pracy byliśmy o 1 metr niżej. Już nie dostawaliśmy do naszej tyrolki, po której wiaderka wędrowały w górę. Musieliśmy wybudować podest pod stropem studni. Wytworzyła się specjalizacja. Ela zwykle kopała
i wyciągała wiaderka przez bloczek zawieszony nad podestem. Królową podestu została Ola. Odbierała wiaderka i „pisanki” i przepinała je
z bloczka na tyrolkę. Ze strachem obserwowaliśmy jak na huśtającym się podeście, wypinała pisanki, podciągała na brzuch, kopiąc je udem wypychała w górę i wpinała je w karabinek tyrolki. Jak ona to robiła to tyko ona to wie. Zastanawiałem się, czy zawsze będzie się to udawało. Powiedzmy, że wiaderka to pikuś, choć dwusetne wiaderko to nie taki sam pikuś jak pierwsze. Ale niektóre „pisanki” ważyły około 50 kilo !
Do dodatkowych obowiązków Oli należało wykłócanie się ze Stiv'em. Stiv był cesarzem tyrolki. To od niego zależało czy wiaderka pojadą
w górę i jak szybko. Byli tacy co chcieli nam pomagać i po piątym wiaderku prosili o zmianę bo nie dawali rady. Stiv mógł ciągnąć cały dzień i nie narzekał ale dla podniesienia adrenaliny lubił się trochę pokłócić z Olą. Jak temperatura sporu była za wysoka to posyłał Oli na dół wiaderko wody, żeby się ochłodziła. Transportem powierzchniowym zarządzał Jacek. Jego zadaniem było przejąć wiaderka od Stiv'a, wynieść je z leja przed otworem i rozmieścić w okolicznych depresjach tak, aby nie rzucało się w oczy, że ktoś tu coś kopie. Ja łatałem dziury. To znaczy starałem się być zawsze tam gdzie byłem najbardziej potrzebny. Czasem wspomagałem w kopaniu Elę, częściej Stiv'a i Jacka. Gdy dołączył do nas Tomek to mieliśmy zespół, któremu nic nie mogło się oprzeć. I robota szła aż miło. Niestety przyroda ma swoje rozwiązania i często jej opór, stawiany człowiekowi, bywa irytujący. W miarę wybierania zawaliska widzieliśmy, ze Zawalona Studnia rozwija się dzwonowato. Sytuacja robiła się mało ciekawa. Gdy „przerwaliśmy wydobycie” i próbowaliśmy budować zabezpieczenia, nastąpił kolejny obwał.
Zawsze gdy następuje obwał … Pisałem już o tym ? Co tam. Napiszę jeszcze raz. Gdy następuje obwał to, przede wszystkim, trzeba uskoczyć, tak żeby znaleźć się poza jego zasięgiem. Nie zawsze się to udaje, ale warto próbować. Później chce się płakać. Obwał zwykle niweczy jakąś część naszej pracy. Czasem jest to kilka godzin, czasem kilka dni,
a czasem kilka miesięcy straty. To rozbija psychikę. Przerywamy wówczas prace, wychodzimy żeby odreagować. Różne są metody
na regenerację psychiki. Może nie będę ich opisywał, bo od czasu gdy
do naszego zespołu dołączył psycholog, to to łatwo mógłbym się narazić na oskarżenia o brak kompetencji. W każdym bądź razie regenerujemy się.
Do oglądania stanu zawaliska w Zawalonej Studni wróciliśmy dopiero na następnym wyjeździe. Sytuacja pogorszyła się. Północną ścianę studni i część stropu stanowiło zawalisko. My, wcześniej, zakładaliśmy, że tam będzie lita ściana. Duże, kilkutonowe głazy, zaklinowane w stropie, pojechały parę centymetrów w dół. Zatrzymanie raz poruszonych want jeszcze nigdy nam się nie udało. To oznaczało, że wcześniej czy później te głazy runą. Czy uda nam się je powstrzymać ? Czy zdążymy wcześniej otworzyć przejście do Starych Partii ? Na jakie ryzyko zdecydujemy się w tej kampanii ? Katastrofalne było to, że nasze zawalisko w kierunku północy ciągnęło się, nie tak jak podejrzewaliśmy poprzednio, około 3 metrów, ale prawdopodobnie około 10 metrów. Teraz już mieliśmy pełną jasność, że zawalisko Zawalonej Studni tak naprawdę zaczyna się w leju, który tworzy otwór jaskini. Jak tą masę kamieni zatrzymać ? Siedziałem w jaskini
i próbowałem coś sensownego wymyślić. Nawet zacząłem konstruować jakieś zabezpieczenia.
Jaskinia Baltazara i Studnia pod Gąbką
Tymczasem na powierzchni Ela zaczęła grzebać w niewielkiej nyży obok Babich Nóg. Chodziła obok tej nyży od kilku wyjazdów i aż ją skręcało. Zagadywała, próbując kogoś namówić żeby to ruszyć. W końcu zaczęła sama. Gdy po chwili okazało się, że za zwężką trochę się rozszerza, a do tego ładnie wieje - przyłączył się Tomek. Po pół godzinie cała ekipa zgodnie walczyła o poszerzenie przejścia. A walka była ciekawa, bo zepsuł nam się agregat i trzeba było przedrzeć się metodami konwencjonalnymi – z młotkiem i majzlem. Wydawało się, że puści natychmiast ale jednak zajęło to nam parę godzin. Przy okazji znaleźliśmy kilka ciekawych skamielin. Pierwsza przeszła, a jakże, Ela. Stwierdziła, że coś „leci dalej” i poszła to pooglądać. Poszła, to może
za dużo powiedziane, bo ciasna szczelina opadająca skośnie
na południe słabo nadawała się do chodzenia. Po kilku metrach przeciskania się dotarła do zwężki. Miała dwa metry długości. Za nią widać było niewielkie rozszerzenie. Ela rzuciła tam kamyk. Toczył się po pochylni dłuuugo. Rzuciła jeszcze raz i zmierzyła czas. Toczył się
9 sekund ! Szczelina miała nachylenie ok. 30°, można by podejrzewać, że ma głębokość ok. 20 metrów. Ale jak pokonać tą zwężkę ? Ela wyszła
do nas i opowiedziała. Teraz do akcji wkroczył Tomek. Tylko on mieścił się w zacisku wejściowym. Przecisnął się i kując od środka poszerzał wejście. Od zewnątrz wspomagali go Jacek i Stiv. Gdy skończyli, mogliśmy wreszcie ją zobaczyć. Nic wielkiego. Raptem około 10 metrów długości. Szczelina rozmyta na pęknięciu skierowanym na S o upadzie około 30°. Trochę podobna do pęknięć w „Zawale”. Tutaj nie sprawiało to wrażenia, że to pęknięcie jest tak młode jak w „Zawale”. Od pęknięć
w „Zawale”, choć to tylko około 15 metrów, oddzielał nas uskok,
na którym powstał „Zawał” i pęknięcie, na którym utworzone są „Babie Nogi”. Czyżby moja teoria o młodym wieku pęknięć w „Zawale” była błędna ? Trzeba będzie dobrze się przyjrzeć tym pęknięciom i je pomierzyć. Było by szkoda, bo moja teoria jest fajna. Perspektywy dalszej eksploracji były, delikatnie mówiąc, mało optymistyczne. Zastanawialiśmy się nad nazwą. Nad otworem jaskini w ścianie Dudnika tkwiła piękna skamieniałość jurajskiej gąbki. Co mnie podkusiło żeby przypomnieć, że kiedyś, dawno był taki znany naukowiec, profesor Baltazar Gąbka. Zbieg okoliczności sprawił, że w tym dniu imieniny obchodził wnuk Jacka Kacper. Od słowa do słowa ekipa uznała,
że Baltazar to fajna nazwa. Był jednak jeden szkopuł. Ja jestem zdecydowanym przeciwnikiem nazywania jaskiń jakimiś imionami. Nazwy - Jaskinia Józefa, Stefanowa Dziura, Jama Ani, Studnia Izy czy Jaskinia Ewy funkcjonujące w nazewnictwie jurajskim to świadectwo, czasem nie najlepiej rozumianych uczuć synowskich, a częściej infantylizmu i braku szacunku dla własnej pasji. Zresztą także partie krakowskie, warszawskie czy katowickie, pewnie w opinii nadających te nazwy miały być świadectwem lokalnego patriotyzmu a chyba częściej były efektem kompleksów i wyjałowionych w komunizmie intelektów. Może nie będę tutaj rozwijał tego tematu. W każdym bądź razie po cichu obiecałem sobie, że jakoś rozprawię się z tą (na szczęście jeszcze nieoficjalną) nazwą. Okazja pojawiła się na następnym wyjeździe. Opowiadałem dziewczynom o krasie. Zawsze tak wdzięcznie słuchają moich wywodów. Pokazywałem ślady dawnych dużych przepływów na ścianach Dudnika. Próbowałem zmusić wyobraźnię słuchaczek do próby odtworzenia morfologii Dudnika przed 7 milionami lat. Mówiłem
o tektonice i jej znaczeniu dla powstawania jaskiń, o przebiegu pęknięć w Dudniku, o kluczowych dla eksploracji miejscach i o wielu jeszcze rzeczach mających pomóc w zrozumieniu przebiegu procesów krasowych. Między innymi pokazałem im pęknięcie między Baltazarem (co za fatalna nazwa !) i Babimi Nogami (a ta może lepsza ?), na którym moim zdaniem powinna powstać jaskinia a jej nie ma. Nie ma ? Gdy powiedziałem, że jeśli byśmy wkopali się trochę w dół wzdłuż pęknięcia, to oprócz otwarcia kolejnego otworu do „Baltazara”, powinniśmy natrafić na korytarz rozwinięty na azymucie 220°, to patrzyły na mnie
z niedowierzaniem. Przecież tu nie było żadnego śladu wskazującego,
że tu mogłaby być jaskinia. Jakąś chwilę po tym , kiedy reszta ekipy zajęta była Zawałem, Ola postanowiła ruszyć ten temat. W przerwach pomiędzy rzutami patyka dla Nikity, zacząłem ją wspomagać. Później przyłączyli się inni i po chwili mieliśmy drugi otwór do „Baltazara”. Ucieszyłem się. Ten otwór nazwiemy „Pod Gąbką”. Otwór będzie stanie się głównym otworem i tej nazwy będziemy używali w inwentarzu
a moje rozterki dotyczące nazewnictwa lekko osłabną. A pęknięcie 220 biegło dalej w dół, więc kopaliśmy nadal.
Na następny wyjazd przyjechaliśmy we dwójkę z Elą. Studnia idąca w dół miała początkowo średnicę ok. 1 metra i wypełniona była humusem przemieszanym z gliną i kamieniami. Wybieranie szło szybko. Na 5 metrach studnia zaczęła się poszerzać i pojawiły się niewielkie pustki. Ze zdumieniem odkryliśmy ślady działań szpatowców. Przecież studnia była kompletnie zasypana i namulisko sprawiało wrażenie nie ruszanego ręką człowieka ! Czyżby doszli tu inną drogą ? Sprawa wyjaśniła się gdy dotarliśmy głębiej. W kierunku północnego wschodu,
w górę odchodziła pochylnia wypełniona gruzem przemieszanym
z odłamkami kalcytu. To znaczyło, że kiedyś przed otworem Babich Nóg była studnia, którą szpatowcy zasypali. Jak głęboko dotarli ? Na razie nie wiadomo. Może wyjaśnimy to kiedyś.
Na kolejnym zjeździe zjawili się wszyscy uczestnicy naszej grupki. Właśnie „zjazd” - tak chyba zaczęła nazywać nasze comiesięczne spotkania Ola. A po niej inni. Nie wiem dlaczego. Czy to dlatego,
że jest z Sosnowca, a z Sosnowca też pochodzili 1-wsi sekretarze, którzy swe przywództwo w kraju opierali na zjazdach ? I dlatego wszyscy
z Sosnowca mają sentyment do tej nazwy ? Bo w środowisku raczej są wyjazdy, wyprawy, akcje. No ale Ola jest bardzo ładna, przesympatyczna i przywozi wspaniałe zupy i nie tylko. A na dodatek okazało się,
że pochodzi z Bytomia i wie co to jest „colsztok”. To przesądziło sprawę
i zjazdy zostały. A w ogóle Ola przyjeżdża z psem, a właściwie suczką, która wabi się Nikita. Nikita nocami pilnuje naszego obozowiska
a w dzień przynosi nam patyki i każe sobie rzucać. Jest w tym niezmordowana. Dzięki niej mamy prawe ręce tak wytrenowane
od rzucania, że nasza wydajność w wyciąganiu kamieni jest ogromna. Wyciągaliśmy więc dalej. Ola z Tomkiem ze Studni pod Gąbką, reszta
z Zawału. W Studni pod Gąbką otworzyło się na –8 m wejście
do bocznej salki, ale studnia kontynuowała się dalej w dół. Niestety północną ścianę tworzyło namulisko, które w miarę jak kopaliśmy w dół, groziło coraz bardziej obwałem. To jakieś fatum. Zastanawialiśmy się czy w tym rejonie wszystko co ruszymy będzie grozić zawałem. No i stało się. Gdy w maju przyjechała nas odwiedzić Jaga (Agnieszka Samsel)
z Łukaszem i weszli pooglądać problem, to ściana runęła. Łukasz przeżył chwile grozy, na szczęście nic mu się nie stało. Jedynie jego piękna, różowiutka lina została przysypana. Odciął to co było nad zawałem
i chyba nabrał respektu do jaskiń. Zobaczymy czy jeszcze do nas przyjedzie. Ale nie spadło wszystko co mogło spaść. Znowu musieliśmy wypracować rozwiązanie tego problemu, więc znowu eksploracja Studni pod Gąbką stanęła. Także w Zawale nie było najlepiej. Skonstruowałem obudowę w oparciu o profile stalowe, którymi obdarował nas Strażak (Grzesiu Skorek). Pięknie wypełniłem ją rumoszem, ładnie się usztywniła ale kiedy pogłębiliśmy studnię, zawalisko pojechało. I obudowa częściowo też. Można się popłakać.
Zawsze gdy następuje obwał... Pisałem już o tym ? ...
Po jakimś czasie wróciłem i odtworzyłem obudowę i dołożyłem niższą część. Ale teraz już sam nie wierzyłem w to, że obudowa utrzyma zawalisko. Jednak przecież to był nasz podstawowy cel. Nie mogliśmy go, ot tak, zostawić. Wybieraliśmy więc zawalisko nadal. I o dziwo nic się nie działo. Zeszliśmy w dół ze cztery metry. Mimo dalszych zabezpieczeń z coraz większym respektem spoglądaliśmy na głazy wiszące nam nad głowami. Od Zawału odciągały nas też problemy, które rozpoczęliśmy eksplorować w okolicy. Bo oprócz Studni pod Gąbką była jeszcze Jaskinia na Dudniku. Zaczęliśmy ją jeszcze zimą.
Jaskinia na Dudniku
Właściwie zaczęło się od Szczeliny Piętrowej. Któregoś dnia Ela zadzwoniła z hasłem „Zbyszek ratuj, zawaliłam Piętrową”. Widziałem Elę w akcji, więc wiedziałem, że stać ją na to. Okazało się, że wybrała się
ze znajomym do Piętrowej i gdy wychodzili, wielka wanta wyjechała
ze szczeliny, o mało ich nie przygniotła i zablokowała drogę. Ela miała wyrzuty sumienia, ,że zawaliła taką jaskinię ale jeszcze bardziej bała się, że ktoś wejdzie do Piętrowej i nieświadomy niebezpieczeństwa, zacznie się przeciskać obok tej wanty. Nie tak dawno były wypadki w Wiernej
i Studnisku. Nie zwlekając pojechaliśmy do Piętrowej. A na miejscu okazało się, że już ktoś nas uprzedził i zrzucił wantę do studzienki poniżej. W tej sytuacji pojechaliśmy pod Zawał. We dwójkę w Zawale niewiele mogliśmy zdziałać. Do wyciągania potrzeba czterech ludzi. Ale chcieliśmy ruszyć problemy na powierzchni. Czekaliśmy na śnieg. Jak co roku, zamierzaliśmy pochodzić po całym rejonie Skał Podlesickich
i poszukać wywiewów. Miałem też nadzieję na biegówki. Śnieg spadł ale było go mało i z biegówek nic nie wyszło. Pojechaliśmy z Elą
i schodziliśmy Górę Sowią i Górę Aptekę. Było, niestety, dość ciepło
i warunki dla funkcjonowania wywiewów były kiepskie. Widzieliśmy parę ciekawych miejsc ale wyraźnych wywiewów nie było. Poza jednym.
I to leżącym parę metrów od naszej bazy na Dudniku. Na północnych zboczach Dudnika, w najwyższych partiach Dolinki Zawałowców, brązowiła się bezśnieżna plama. Właściwie to nie możemy sobie przypisać odkrycia bo o tym wytopku mówił od kilku już lat Stiv.
Ale jemu też nie możemy przypisać odkrycia, bowiem Stiv był zesłańcem. Słyszał kto, żeby zesłaniec został odkrywcą ? Urzędnik carski tak, najlepiej generał - ale zesłaniec ? A został zesłany z powodu chrapania. Bo Stiv chrapie. Ale co to jest za chrapanie. Inni chrapiący mogliby przyjeżdżać na kursy chrapania do Stiv'a. I z tego powodu namiot Stiv'a musi być rozbity daleko od namiotów normalnych ludzi. Znaleźliśmy takie miejsce za Przełączką Daniela. No i Stiv pierwszy mówił coś o wytopku koło jego namiotu. Na początku pewnie myślał, że to nie jest wytopek. Bo Stiv tam w nocy chodził sikać. Ale jak rano wstał
i zobaczył wielką połać pozbawioną śniegu, przeliczył ilość piwa, które wypił poprzedniego dnia to doszedł do wniosku, że to jednak musi być wytopek. Stiv narzekał, że zesłaliśmy go w bardzo niebezpieczny rejon, twierdził, że grozi mu to, że wyjdzie w nocy się wysikać i wpadnie do studni. Gdy oglądałem ten wytopek to uznałem początkowo, że sprawa jest dziwna. Teren mówił, że tu wytopka być nie powinno. Ani śladu jakiegokolwiek zagłębienia. Wywiew miał dużą powierzchnię, około
15 metrów kwadratowych. W dodatku, na jego środku leżała ogromna,chyba 20 tonowa wanta. Sprawa wyglądała na beznadziejną. Jeśli przyjąć, że wylot powierza koncentruje się w dnie lejka powstałego w przypowierzchniowej zwietrzelinie, to jego dno znajdowało by się, prawdopodobnie, na głębokości jakichś 5 metrów. Wykopać taki lej ? Pooglądaliśmy, pokiwaliśmy głowami i odłożyliśmy wtedy ten problem „na daleką przyszłość”.
Ale od czasu kiedy dołączyły do naszej grupy dziewczyny, to żaden, nawet najbardziej zniechęcający problem nie może być spokojny
o swoje losy. Teraz przyszedł czas na „studnię Stiv'a”. Pozwoliłem Eli zadecydować gdzie zaczniemy kopanie. To nie było proste, wziąwszy pod uwagę powierzchnię wytopka i konfigurację terenu. Początkowo Ela wybrała miejsce pod wantą. Zaczęliśmy kopać. Zakładaliśmy, że wanta wytworzy naturalny dach nad lejem, który wykopiemy. Pod wantą zalegała warstwa szutru a pod nim z zaskoczeniem odkryliśmy warstwę piasku. Z zaskoczeniem, bo chociaż piasek w okolicach występuje bardzo często, to na Dudniku, zamaskowany przez liście spadłe
w bukowym lesie, nigdzie nie jest widoczny. Ale jaki to był piasek ! Żółciutki, przepłukany przez wodę, tworzył grubą warstwę. Natychmiast wyobraziłem sobie mioceńskie płytkie morze, żółciutką plażę, palmy
i bielejące wśród tych palm skałki. Czy to, przypadkiem, nie tu był raj ? Żartowałem, że Ela trochę dziecinne wygląda kopiąc w piasku. I choć
w piasku kopie się znacznie bardziej przyjemnie niż w kamieniach
to ostatecznie uznaliśmy, piasek uszczelnia tu teren w sposób beznadziejny i że przeniesiemy kopanie nad naszą ogromną wantę. Równocześnie kopaliśmy też w lejku po drugiej stronie grani, który przed nami budził zaciekawienie także szpatowców, bo usypali nad nim niewielki wał ziemny. Tam także stwierdziliśmy niewielki ruch powietrza. I tu także dotarliśmy do piasku. I choć ekspert twierdzi, że okoliczne piaski, to piaski nawiane, to jednak mnie się wydaje, że piaski
w wierzchołkowych partiach Dudnika zostały osadzone przez wodę.
Na następnych zjazdach próbowaliśmy poradzić sobie z kłopotami bogactwa. Ilość „rozpoczętych” problemów siłą rzeczy spowolniło eksplorację we wszystkich. Z niepokojem obserwowaliśmy postępującą destrukcję Pochylni Szpatowców w Zawale. Padające deszcze wypłukały glinę, pochylnia zaczęła osiadać, pojawiły się w niej szczeliny. Wiedzieliśmy, że przyjdzie dzień kiedy pochylnia pojedzie w dół. Wymyśliliśmy, że przesuniemy kratę w głąb jaskini, do Sali Strażniczek
i zaczniemy wybierać pochylnię. Czy zdążymy ? Czy uda się zatrzymać ziemię osypującą się z leja przy otworze ? Będziemy się martwić później. Na razie zamówiliśmy kratę u Wieśka.
Na kolejnych wyjazdach toczyliśmy bój ze zwałami ziemi, które osunęły się w Studni pod Gąbką. Żmudne i niewdzięczne wybieranie pozwoliło odtworzyć stan sprzed obwału. Przy okazji poszerzyliśmy studnię wejściową, dzięki czemu uzyskaliśmy możliwość transportu „urobku” bezpośrednio z „przodka”. Następnym etapem musi tu być zabezpieczenie przed kolejnymi obwałami.
Najciekawsze rzeczy działy się w „Jaskini na Dudniku”, bo tak ostatecznie nazwaliśmy „studnię Stiv'a”. Początkowo sprawa wyglądała niewyraźnie. Pod cienką warstwą humusu, powstałego z opadających liści, zalegał wapienny gruz. Zastanawiające było to, że spomiędzy kamieni całkowicie zostały wypłukane drobne frakcje. Czy to znaczyło by, że gruz zostł tu przytransportowany przez lodowiec ? Znalezienie właściwej drogi w tym gruzowisku było niełatwe. Z pomocą przyszły nam pająki. Stare gniazda pajęcze pokazywały jakimi trasami płynęło ciepłe powietrze. Jakieś 1,5 metra niżej natrafiliśmy znowu na warstwę piasku. I odszukanie drogi przepływu powietrza w tej warstwie okazało się najtrudniejsze. Piasek osypuje się, uszczelnia wszystko, maskując właściwą drogę. Zanim przebiliśmy się, przewędrowaliśmy w poziomie ładnych parę metrów. I wreszcie, na głębokości około 5 metrów dotarliśmy do litej skały. A w skale – do szczeliny. To nic, że była wypełniona piaskiem i kamieniami. To nic, że znajdowała się na dnie stromego leja, który w każdej chwili groził zawaleniem. Wiedzieliśmy,
że mamy nową jaskinię. To znaczy - kto wiedział to wiedział. Głównie wiedziała Ela. Ciągle powtarzała - „Tu musi puścić”. Ja także wiedziałem. Znaczy, wiedziałem, że pod nami jest jaskinia, lecz w ocenie naszych szans na przekopanie się do niej byłem tylko ostrożnym optymistą. Stiv, jak zawsze w takich sytuacjach, bez dyskusji włączał się do roboty. Jacek, ze zwykłą sobie rozwagą i nutką sceptycyzmu, przyglądał się naszym poczynaniom i był zawsze tam gdzie trzeba gdy zagrażał nam kolejny obwał ściany leja. Tomek nic nie mówił, ale jego oczy mówiły za niego. Chyba zastanawiał się czy jesteśmy przy zdrowych zmysłach. Ale był najmłodszym członkiem naszej grupy i nie czuł się na siłach żeby zaprotestować. A Ola nie miała wielkich szans na włączenie się w walkę w leju, bo ciągle wysyłaliśmy ją do kopania w Studni pod Gąbką gdzie musiała toczyć boje z ciężkimi „kamolami” i upierdliwym Stiv'em.
Nasz lej ma średnicę 3 – 4 metrów i głębokość 7 metrów. Jego strome ściany wielokrotnie nam się obrywały, więc wmontowaliśmy w lej rozpory, podtrzymujące największe głazy. Wygląd leja budzi respekt
u wszystkich, którzy go oglądają. Na pierwszy rzut oka widać, że padające deszcze i mróz będą powodowały dalsze obrywanie się ścian leja. W przyszłości będziemy chcieli zabezpieczyć go solidną obudową. Nazwaliśmy go „Lejem Wysokiego Ryzyka” - etymologia tej nazwy pozostanie na zawsze wielką tajemnicą odkrywców. Powstał problem, którego wcześniej nie przewidywaliśmy – ktoś mógł wpaść i zrobić sobie krzywdę. Szczególnie, że przewodnicy wycieczek szkolnych zorientowali się, że wśród wydobywanych przez nas kamieni znajdują się odłamki kalcytu i są one dla dzieci atrakcyjną pamiątką z wycieczki. Ogrodziliśmy więc lej drewnianą barierką i postawiliśmy tablicę ostrzegawczą. Wybrałem się także do pobliskiego GOPRu aby przedstawić ten problem ale spotkałem się z całkowitym brakiem zrozumienia. Wygląda na to, że po zmianie w kierownictwie tutejszego GOPRu nic się nie zmieniło. Dla nich problem pojawi się dopiero wtedy, gdy komuś się coś stanie. Zrobiłem obudowę zabezpieczającą najniższą część leja i ochoczo rzuciliśmy się do wybierania kamieni i piasku. Było trudno. Ciągle byliśmy pod zawaliskiem o miąższości ok. 5 metrów. Podkopanie niewłaściwego kamienia mogło spowodować, że ogromna masa kamieni runie i zgniecie nas na dnie leja. Wybieranie każdego kamienia poprzedzała staranna analiza rozkładu sił w zawalisku. Przewodnikiem, jak zawsze, był strumyczek zimnego powietrza wydobywający się
z zawaliska. Były, właściwie, takie dwa strumyczki. Jeden wydobywał się spod nóg, z dna leja, a drugi z jego wschodniej części. Początkowo
za łatwiejszy do zaatakowania uznaliśmy ten wschodni. Wiele godzin żmudnego wydobywania kamieni przerzedziło ekipę dyżurującą nad lejem, w końcu całkowicie ją zlikwidowało. Ela zamiast powtarzanego co chwilę „zaraz wchodzimy” powiedziała „wchodzę”. I zniknęła za zaciskiem. Słyszałem jak powoli oddala się, szurając odsuwanymi kamieniami i cicho klnąc pod nosem. Było ciasno. Co pewien czas, krzycząc, zdawała mi relację z tego co widzi. Chyba uznała, że jestem za gruby i nie zmieszczę się tam, bo zaproszenie do wejścia za nią nie padało. Za to w cichnącym w miarę oddalania się głosie, słychać było rosnący zachwyt. Krzyczała, że ładne nacieki. Później głos Eli zanikł. Była już za daleko. Siedziałem przed zaciskiem i cierpliwie czekałem. Minęło 1,5 roku, odkąd poznałem Elę, wiedziałem, że mogę liczyć na jej umiejętności i na jej rozsądek. Ale też wiem, jak eksploracja może porwać, a Ela należała do tych, którzy dawali się porwać eksploracji. Dlatego w oczekiwaniu była odrobina niepokoju. Po pewnym czasie usłyszałem jak wraca. W ciszy jaskini słyszy się lepiej niż w normalnym świecie. Wprawne ucho potrafi ocenić czy partner idzie, czy się czołga, czy się przedziera przez zacisk. Nie widząc, nasze zmysły pracują przekształcając obraz w naszej wyobraźni. Lubię odgłosy jaskini. Polubiłem je kiedyś, podczas samotnych, kilkudniowych wędrówek po Jagerbrunntrog czy Lamprechtsofen. Ale to inna opowieść. Ela, zbliżając się, zasapanym głosem krzyczała o naciekach, zaciskach, jakichś studniach. Słychać było jak adrenalina, wytworzona przez gorączkę odkrywczą, niosła ją przez przewężenia, gdy nagle w jej głosie usłyszałem niepokój. Okazało się, że chciała dojść do otworu a znalazła się w ślepej komórce. Zawróciła więc do jaskini i ponownie idąc do otworu znalazła się w ślepej komórce. Kolejna próba pozwoliła odnaleźć właściwą drogę. Ela wyszła i pobiegliśmy do ogniska opowiedzieć o odkryciu i świętować. Okazja była podwójna, bo w tym dniu obchodziłem swoje 65 urodziny. A, że okazało się iż urodziny obchodzi także kilku innych uczestników zjazdu to impreza zrobiła się że hej. Nasi wspaniali gitarzyści jeszcze raz pokazali klasę.
Następnego dnia poszliśmy zwiedzić naszą nową jaskinię. Nie była wielka, ot czterdzieści metrów długości. Na dodatek, ciasna. Ale była ładna. Piękne draperie, żebra naciekowe, okazałe stalagmity, natychmiast kazały nam myśleć o ochronie. Przecież gdy zaczną tu chodzić zwiedzający, to przeciskając się, błyskawicznie zniszczą to piękno. Natychmiast zaczęliśmy myśleć o zamknięciu. Tomek zrobił zdjęcia, pomierzyliśmy, przyjrzeliśmy się miejscom, w których mogły by być kontynuacje. Było takich miejsc kilka. To niesamowite, ale w każdym z nich wyczuwało się wyraźny przepływ powietrza. Ostatecznie zdecydowaliśmy się zaatakować „problem” najłatwiej dostępny, bo znajdujący się tuż pod „Lejem Wysokiego Ryzyka”. Na kolejnym zjeździe zrobiłem piękną obudowę i zaczęliśmy kopać. Tym razem specjalnie przywiozłem zegarek, żeby pilnować dyscypliny
w zmianach na „przodku”, bo ostatnio dziewczyny, stosując różne babskie kruczki, zaczęły oszukiwać i okupowały „przodek” nadmiernie. Wszystko szło dobrze. Szczelina pod lejem zamieniła się w niewielką salkę. Piasek wybierało się szybko, wiaderka krążyły aż miło.
Do momentu aż zarządziłem przerwę. Ela, wykorzystując, że na „przodku” nikogo nie było, powiedziała, że ona tylko zobaczy i już była na dole. Czekałem aż wyjdzie, bo już przyzwyczailiśmy się, że Ela najlepiej wymyśla co by tu dobrego zjeść. Wiedziałem, że zaraz wyjdzie, bo przecież przed chwilą byłem tam na dole i widziałem jaka jest sytuacja. Ale z dołu padł okrzyk – „Zbyszek, tu puszcza !”. Byłem już przyzwyczajony, Ela wydawała takie okrzyki co chwilę i nic się nie działo. Ale teraz padł kolejny okrzyk „To wchodzę !”. Rzuciłem się na dół, bojąc się, że znowu pogna gdzieś sama a ja będę czekał przed zaciskiem aż wyjdzie. Ale czekała na mnie z uśmiechem. W ścianie wykopanej przez nas studzienki czernił się otwór za którym widać było salkę. Poszerzyliśmy otwór, na ile się dało, ale jednak to dalej był zacisk. Jak zawsze, jako pierwsza zaatakowała go Ela. Potem ja jaszcze starannie jeszcze raz oczyściłem zacisk z każdego zbędnego ziarenka piasku
i wszedłem za nią. Za zaciskiem była salka ośredicy ok. 3 metry. Strop stanowiło zawalisko z dużych bloków. Na spągu duża ilość piasku.
A w najniższym punkcie salki ciasny otwór, za którym czerniła się kolejna pustka. Żeby tam się dostać, trzeba by poszerzyć to przejście. Wyszliśmy więc, ogłosić reszcie ekipy, że puściło. Trochę patrzyli na nas z niedowierzaniem, bo przecież też byli tam przed chwilą i widzieli, że
w studzience leży masa piasku, który trzeba wybrać. Ale gdy po posiłku zaczęliśmy pakować sprzęt do poszerzania to uznali, że chyba jednak coś będzie puszczać. Od kiedy stosujemy spłonki do poszerzania zacisków to poszerzenie zacisku punktowego jest proste. Trzeba wywiercić kilka otworów, uderzenie młotkiem i przejście gotowe. Zastanawialiśmy się do jakiego stopnia poszerzać. Uznaliśmy, że pozostawimy w tym miejscu zacisk. Dzięki temu część grotołazów zanim tu wejdzie będzie się musiała odchudzić. To będzie taki nasz mały wkład w troskę o zdrowie braci grotołazów. Nazwaliśmy ten zacisk „Selekcjoner”. Nie polecał bym go tym, którzy mają „w klacie” więcej niż 100. Za „Selekcjonerem” była kolejna salka ze spągiem pokrytym piaskiem, stąd nazwa „Na Wydmie”. Kolejne ciasne przejście w dół wprowadzał do sali znowu z piaskiem, więc „Plaża”. Piasek to materiał, który nie jest w jaskini czymś naturalnym. Powstał gdzieś na powierzchni i został tu przytransportowany przez wodę i wiatr. Czy stanie się elementem wnoszącym wiedzę o historii tej jaskini i rejonu ? „Plaża” urywa się dwumetrowym progiem i dalej prowadzi do rozległej, ale ciasnawej szczeliny, wypełnionej bryłami skalnymi porośniętymi pięknie wykształconymi grzybkami. Lubimy grzybki, zwykle sygnalizują, że jaskinia będzie się kontynuować. Niestety szczelina zacieśniła się i żeby przejść dalej trzeba by znowu poszerzać. Wyszliśmy więc, a że było już późno to uznaliśmy, że znowu trzeba świętować. Reszta ekipy, próbująca w tym czasie odgruzować zawalającą się Studnię pod Gąbką, znowu patrzyła na nas z nieufnością, chyba trochę nam niedowierzając. Jednak, gdy następnego dnia oświadczyliśmy, że idziemy mierzyć, to Tomek się sprężył i wybrał się z nami. Gdy dotarliśmy do „Plaży” i Tomek zobaczył girlandy korzeni zwisające na progu przyozdobione kropelkami wody to stwierdził, że to przecież trzeba sfotografować. Postanowił wrócić na powierzchnię i przynieść aparat. Ja z Elą rozpoczęliśmy pomiary. Zmierzyliśmy „Strych” i „Plażę” kiedy stwierdziłem, ze zgubiłem ołówek. Cholera, zawsze noszę zapasowy, teraz nie wziąłem. Ela stwierdziła, że przyniesie i natychmiast ruszyła w stronę otworu.

Obwał
Usiadłem i zamyśliłem się. Do czego to doszło. Dziewczyna pobiegła, bo ja zgubiłem ołówek. Chyba już jestem za stary. I inni to widzą. Jeszcze niedawno miałem nadzieję, że nigdy to nie nastąpi. Pokręciłem się trochę po jaskini, zajrzałem do szczeliny końcowej, później wróciłem na „Plażę” poszukać jeszcze ołówka. I wtedy usłyszałem, że Ela mnie woła. Przez zaciski jej głos był ledwo słyszalny. Zresztą, z moim słuchem – to cud,
że ją usłyszałem. Natychmiast ruszyłem do góry. Gdy byłem „Na Wydmie” wreszcie zrozumiałem - Ela krzyczała, że Tomka przysypało. Przeraziłem się. Rzuciłem się do „Selekcjonera”. Pokonanie Z-2 pod górę, gdy nogi nie mają oparcia, to musi trochę trwać. Wydawało mi się, że pokonuję go o wiele za wolno. Przeciskając się, pytałem czy oddycha. To wydało mi się najważniejsze. Gdy przeszedłem, zrozumiałem absurdalność mojego pytania. Z zacisku, zasypanego piaskiem, wystawała tylko podeszwa buta. Ela próbowała odgrzebać piach. Wcisnąłem się obok i przyłączyłem się do niej. Jednocześnie krzyczałem próbując nawiązać kontakt z Tomkiem. Początkowo się nie odzywał. Zastanawiałem się czy jest całkowicie zasypany. I ile czasu
tu leży. Zaczął wychodzić ładną chwilę przed Elą. To musiało już być kilkanaście minut. Cholera ! Dokopaliśmy się do drugiego buta.
Na szczęście piach wybierało się bardzo szybko. Wreszcie usłyszałem Tomka. Głos, przytłumiony zwałami piasku, był ledwo słyszalny. Wołał żebym mu uwolnił lewą nogę bo stracił w niej czucie. Odetchnąłem
z ulgą – żyje ! Usłyszałem też, że rozmawia ze Stivem.
To była świetna wiadomość. Kopaliśmy z Elą z trudem mieszcząc się przed zaciskiem. W pewnym momencie poczułem, że Tomek rusza nogą. Wciskałem się obok butów Tomka i usuwałem z zacisku piasek. Słyszałem jak z drugiej strony Stiv walczy z jakąś wantą. Wreszcie udało mu się podeprzeć wantę deską, przysłaną przez Jacka. Później zaczął odkopywać Tomka od góry. Teraz zbawienna okazała się wykopana przez nas wcześniej studzienka. Do niej usuwał piasek i kamienie, które przywaliły Tomka. Gdy Tomek zaczął ruszać obiema nogami, a później biodrami wiedzieliśmy, że jest już dobrze. Chociaż słyszeliśmy, że po drugiej stronie zacisku trwa jeszcze ostra walka. Tomek przez cały ten czas trzymał największą wantę, która wyjechała spod obudowy. Jacek trzymał na linie inną wantę, którą podwiesił mu Stiv. W końcu Stiv przejął trzymanie wanty i Tomek, dokonując ekwilibrystycznych skrętów ciała, mógł się wygrzebać. Wyszedł z jaskini. Był uratowany. Nie wiem co by było gdyby przysypało kogoś mniej sprawnego fizycznie niż Tomek. Ale akcja trwała. Teraz musieliśmy poszerzyć zacisk i uratować siebie. Stiv z drugiej strony ciągle trzymał tą okropną wantę. Wybrałem ile się jeszcze dało piasku i posłałem Elę a potem wyszedłem ja. Porzuciłem cały sprzęt, który mieliśmy ze sobą. Czas ciągle się liczył, nie wiadomo było ile jeszcze Stiv wytrzyma. Jak ja się obróciłem z pleców na brzuch,
w zacisku zakręcającym pod kątem prostym, doprawdy nie wiem. Wyszliśmy. Stiv wreszcie mógł puścić tą wantę. Okazało się, że na linie trzymał ją także Jacek. Teraz gdy adrenalina z nas opadła, odreagowaliśmy. Śmialiśmy się i opowiadaliśmy sobie co się działo na górze i co się działo w jaskini. Odkryliśmy, że było ogromnie dużo zbiegów okoliczności, które nam sprzyjały. Najśmieszniejszy wydał nam się ten, że oczywiście pierwszą myślą Stiva i Jacka, gdy ustalili, że Tomek jest przysypany, było zadzwonić po GOPR. Telefon leżał przed otworem Zawału, oddalony 10 metrów, ale nie mogli po niego iść, bo trzymali wantę, która osuwała się na Tomka. Dzięki temu uniknęliśmy obciachu a i kłopotów, które pojawiły by się pewnie wraz z interwencją GOPRu. Na tym wyjeździe już nawet nie zbliżyliśmy się do otworu jaskini. Nie mogliśmy przestać rozpamiętywać szczegółów akcji ratunkowej. Wydawało się, że Tomek wyszedł z tej przygody bez szwanku. Owszem był trochę potłuczony, ale twierdził, że nic mu się nie stało. Dopiero dwa tygodnie później, gdy żebro nie przestawało go boleć, to poszedł do lekarza, zrobił prześwietlenie i okazało się, że jest złamane. Najgorzej wyglądał Stiv. Jakaś spadająca wanta trafiła go w rękę i ręka spuchła jak bania. A Stiv jak to Stiv, twierdził, że nic mu nie jest i bronił się przed altacetem jak diabeł przed święconą wodą.
Niby wiedzieliśmy, że nasze działania są ryzykowne. Ten obwał pokazał jak blisko dopuszczalnej granicy byliśmy. Takie zderzenie z rzeczywistością każdy przeżywa inaczej.
Gdy przyjechałem po tygodniu, to zastałem w leju pobojowisko. Porozrzucane taśmy i karabinki mówiły, że było tu ostro. Jeszcze bałem się tu cokolwiek ruszyć. Posprzątałem tylko i zająłem się pomiarami powierzchniowymi. Do Jaskini na Dudniku wróciliśmy dopiero na następnym zjeździe. Pooglądałem studzienkę pod lejem i uznałem, że nie jest tak źle. Porozbijaliśmy wielkie głazy, które wyjechały spod obudowy i wyciągnęliśmy je z leja. Zrobiłem nową obudowę. Teraz wreszcie pomierzyliśmy naszą jaskinię. I zjazd się skończył. Czas leciał jak szalony a zjazdy dwudniowe okazały się bardzo krótkie. Tydzień później z Elą zaatakowaliśmy końcową zwężkę. Skała była sakramencko twarda. Poszerzyliśmy wejście do niewielkiej komórki. Odkryliśmy
4 metry korytarza. Ale oswoiliśmy się z terenem. Teraz już wiedzieliśmy co nas czeka. Czekała nas walka w strasznych ciasnotach. Musieliśmy poszerzyć trasę do transportu urobku, bo nie było gdzie odkładać kamieni.
Nowe odkrycia
Ekipa zjawiła się w komplecie. Chcieliśmy atakować równocześnie Studnię pod Gąbką i Jaskinię na Dudniku. W Studni pod Gąbką wybraliśmy trochę „urobku”, gdy zaczęła nam jechać północna ściana. Żeby ją zatrzymać, trzeba było zbudować obudowę. Zaczęliśmy gromadzić materiały. W Jaskini na Dudniku zdecydowaliśmy się zaatakować końcówkę. Znowu było kilka możliwości. Ela wybrała miejsce. Postanowiliśmy, że będzie zdobywać doświadczenie
w poszerzaniu szczelin. Zaczęły we dwie z Olą. Dobrze im szło. Stwierdziłem, że Ela uzyskała w tej dziedzinie pełną samodzielność. Jednak, po pewnym czasie, uznaliśmy, że ja będę szybszy. Jednak lata doświadczeń. Zamieniliśmy się miejscami. Praca w zaciskach jest zwykle trudna. Trzeba dobrze planować kierunki nawierceń, żeby możliwe było uderzenie młotkiem i żeby odłamki nie zagrażały twarzy. Ela, leżąc
w komórce, którą odkryliśmy na poprzednim wyjeździe, upychała kamienie, aż wypełniła ją całkowicie. Po kilku godzinach walki, wreszcie puściło. Wyszliśmy na powierzchnię powiedzieć , że puszcza i zaprosić resztę ekipy. Na kolejna akcję poszliśmy we czwórkę z Olą, Elą
i Tomkiem. Szczeliną z kilkoma przewężeniami zeszliśmy doszliśmy do podłużnej salki zbudowanej na szczelinie podzielonej na dwa piętra przez zaklinowane wanty. Stąd wąskie szczeliny prowadzą w kilku kierunkach. Z Elą zajęliśmy się pomiarami a Ola z Tomkiem zaczęli usuwać rumosz w najniższym punkcie. Gdy skończyliśmy pomiary, dołączyliśmy do kopiących. Po jakimś czasie Tomek musiał wyjść.
Ma daleko do domu i żonę „ostrą jak sikiera”. Obiecał jej że nie będzie jeździł po nocy. Zostałem z Olą i Elą. To wymarzony zespół eksploracyjny. Godzinka pracy (może dwie, bo szczęśliwi czasu nie liczą dokładnie), trochę wysiłku, trochę ryzyka i przeszliśmy kolejną zwężkę. A za nią ładna salka z ładnymi naciekami, z dwoma stalagmitami metrowej wysokości. Jaskinia osiągnęła już łącznie 170 metrów długości
i -36 metrów głębokości. Jaskinia ma jeszcze spory potencjał. Ze szczelin w dnie końcowej salki wypływa powietrze, podobnie w środkowej części jaskini, zarówno od wschodu jak od zachodu, także płynie powietrze. Poza tym zbliżyliśmy się w niej do Zawału na tyle, że uzyskaliśmy kontakt głosowy. W drodze na powierzchnię znaleźliśmy jeszcze brekcję z kośćmi nietoperzy, którą przekazaliśmy później Tomkowi Postawie. Znalazł w tej brekcji kości z plejstocenu. To by znaczyło, że nasza jaskinia powstała wcześniej. Pliocen ? A może nawet miocen ? Tylko jak to udowodnić ? Nic, jeszcze poszukamy, może uda się znaleźć jakiś ślad mówiący coś więcej o powstaniu tej jaskini. Gdy wyszliśmy , Tomek jeszcze był. Okazał się największym przegranym. Nie mógł jechać, bo kluczyki jego samochodu zamknięte były w samochodzie Eli, a udział
w odkryciu mu przepadł. Do tego podpadł żonie. Same straty.
Obserwacja ruchów powietrza uświadomiła nam, że otwarcie otworu Jaskini na Dudniku spowodowało intensyfikację przepływu powietrza i związane z tym zmiany klimatyczne. We wszystkich jaskiniach tego rejonu. Zaczęliśmy się zastanawiać nad rozwiązaniem tego problemu.
Równolegle zajmowaliśmy się Gąbką. Tu mrówczą cierpliwością wykazała się Ola, odkopując zasypane obwałem partie. Później ja, jako największy specjalista, musiałem zamontować obudowę. Teraz posuwaliśmy się w dół dobudowując obudowę. Na głębokości
10 metrów otworzył się boczny korytarz. Szczęściarzem, który był
na przodku i któremu przypadł zaszczyt pierwszego wejścia, był Tomek. Wszedł, wyszedł cały obłocony jak „nieboskie stworzenie” i powiedział, że jest parę metrów szczelinowego korytarza. Wyglądało, że odkrycie zupełnie nie zrobiło na nim wrażenia. Po czym zaczął się pakować, żeby jechać do żony. No dobra, rozumiemy, że ma daleko. Żeby wejść tam gdzie on, musieliśmy jeszcze przez pół dnia kopać. Ale gdy weszliśmy
do szczeliny to „kopary nam opadły”. Szczelina co prawda nie była fajna. Ciasna i zabłocona. Ale heliktyty i brekcje z kośćmi były piękne.
A szczotki kalcytowe po prostu wspaniałe. To najładniejsze szczotki
na Jurze. Gdy zadzwoniłem do Andrzeja Tyca, to natychmiast wsiadł
w auto i przyjechał żeby je zdokumentować. Pobrał także próbki i wysłał je do laboratorium krystalograficznego żeby je przebadać. Zaraz po nim przyjechał także Tomek Postawa i także zachwycił się resztkami brekcji na ścianach naszej szczeliny. I dopiero on pokazał nam czaszki nietoperzy wtopione w ścianę i szczerzące do nas zęby w uśmiechu zastygłym przed dwoma milionami lat. Tomka podejrzewam o nadludzkie umiejętności wyszukiwania kości nietoperzy. Wchodzi do jaskini, którą my przechodziliśmy dziesiątki razy i nic w niej nie widzieliśmy, i znajduje mnóstwo kości , czaszek, guana, i różnych śladów, które mówią o przebywaniu w jaskini nietoperzy teraz i wiele lat temu. Czasem go podejrzewam o to, że w poprzednim wcieleniu też był nietoperzem i stąd tak dużo o nich wie. Choć, czy mógł istnieć gatunek tak długiego nietoperza ? Kopiąc dalej odsłoniliśmy szczelinę biegnącą
w dół, ale za ciasną, żeby się można było w niej zmieścić. Szkoda. Przepływy powietrza świadczą o tym, że szczelina kontynuuje się jeszcze daleko i chyba łączy się z Zawałem. Jeszcze będziemy szukać.

 

Tekst: Zbigniew Rysiecki