Wspomnienie

Zbigniew Rysiecki

Był styczeń 1974. Parę dni wcześniej wróciliśmy z zimowego obozu. Jeszcze czuliśmy w kościach Sylwestra  i posylwestrową akcję w Śnieżnej. Jak to bywa w Nowym Roku z nowymi planami, naładowani pozytywną energią. Na klubowym zebraniu, jak to było we zwyczaju, zaproponowałem kolejny cel: „jedziemy szukać nowych jaskiń w skałkach podlesickich”. Chęć wyjazdu wyrazili „Broniu” [Bronisław Łabanowicz] i „Zwirzu” [Tadeusz Kisielowski].
         Zima była słaba. Bez śniegu, parę stopni poniżej zera. W tamtym czasie nie było również wolnych sobót. To znaczy były, ale gdzieś tam za żelazną kurtyną, gdzie niedobrzy kapitaliści wyzyskiwali biednych robotników. Wyjechaliśmy więc w sobotę 19. stycznia po pracy. Nie mieliśmy samochodu. Trzeba było dotrzeć pociągiem do Zawiercia i dalej „pekaesem”. Dotarliśmy do Podlesic jak już dobrze zmierzchało. Szybko doszliśmy do Schroniska w Podlesicach koło Kroczyc I. Tam zamierzaliśmy przespać noc.  Zaskoczyło nas, że było tak zimno. Chłodno miało być, ale  nie żeby od razu -20°C. Do tego trochę wiało. Trudno, musieliśmy być dzielni.  Zjedliśmy kolację, której głównym daniem, pamiętam jak dziś, była „zupa błyskawiczna ogonowa” – przebój tamtych lat. Ubraliśmy na siebie wszystko, co ze sobą zabraliśmy i wskoczyliśmy do śpiworów. Producenci śpiworów w tamtych czasach nie mieli zwyczaju podawać, w jakich temperaturach uzyskamy komfort, ale pół godziny później mieliśmy jasność, że nasze „anilanki” tej nocy się nie sprawdzą. Wstaliśmy, zaczęliśmy się rozgrzewać. Nie, nie, nic z tych rzeczy, alkohol na naszych wyjazdach wtedy pojawiał się rzadko i tylko przy specjalnych okazjach. Zrobiliśmy naradę. Uznaliśmy, że w okolicy nie ma jaskini, w której dałoby się zabiwakować i gdzie byłoby cieplej. Podjęliśmy decyzję, że aby nie zamarznąć, musimy się intensywnie ruszać. Postanowiliśmy kopać do rana.
       Problem mieliśmy na miejscu. W północnej części sali było zagłębienie. Zaczęliśmy w nim kopać.  10 minut i zmiana. Wykopaliśmy głęboki dół. Po kilku godzinach, gdy do naszego wykopu trzeba było już zjeżdżać, uznaliśmy, że narzędzia, jakimi dysponujemy (grabki ogrodnicze i saperka), są już niewystarczające. Musieliśmy się poddać. Do rana było jeszcze daleko. Pobiegłem poszukać jakiegoś problemu w okolicy gdzie można by pokopać do rana. Znalazłem lej po północnej stronie grani. Piękny. Zaczęliśmy znowu kopać. Ale trochę „duży”. Gdy w kolejce przypadła mi rola „odpoczywającego” – ruszyłem szukać jeszcze innych problemów. I wtedy, parę metrów dalej, znalazłem ją.
         W leju, pod ścianką dwumetrowa studzienka, parę metrów pochylni, znowu mała studzienka i koniec.  W sumie miało to coś z dziesięć  metrów głębokości. Ale najważniejsze - z piargu, zamykającego dalszą drogę, sączyło się ciepłe powietrze. W otaczającym nas świecie, gdzie wszystko było przemarznięte do granic możliwości, to było jak źródło życia. Pobiegłem po chłopaków. Porzuciliśmy poprzednie problemy, przenieśliśmy nasze bety pod nowy otwór i zaczęliśmy w nim grzebać. To była salka zasypana wapiennym gruzem przemieszanym z gliną i humusem. Salka miała powierzchnię około 4 x 2 metry. W północnej części salki kamienie tworzące próg obrastał potężny, spróchniały korzeń. 10 metrów pod ziemią! Co tu kiedyś rosło? Kopaliśmy głębiej, wzdłuż południowej ściany, pokrytej ładnymi naciekami. Cały czas delikatnie „wiało”. Trochę pokopaliśmy, później owinięci w śpiwory– drzemaliśmy. Ale zimnego powietrza z powierzchni napływało znacznie więcej niż ciepłego z jaskini. Zmarzliśmy jak... Jeszcze dziś się trzęsę!
       O świcie zimno wygoniło nas na powierzchnię. Biegaliśmy wzdłuż ścian Dudnika, żeby się rozgrzać. Wstał piękny, słoneczny poranek. Dudnik wyglądał inaczej niż dziś. Nie był tak zarośnięty. Owszem, było tu kilka większych buków i trochę leszczyny, szczególnie po północnej stronie. Od południa grań była goła. Jedynie u podnóża skał porastał sosnowy młodnik. Oglądaliśmy wały usypane wokół otworu i zastanawialiśmy się, ile pracy musieli tu włożyć szpatowcy. Największą zagadką było, jak głęboko szpatowcy dotarli w „naszym” problemie. Głębokość położonej nieopodal Jaskini Podlesickiej, bo tak nazywana była wtedy Studnia Szpatowców, pobudzała naszą wyobraźnię.  
    Swoim zwyczajem obszedłem okolice w poszukiwaniu „nowych” problemów. Znalazłem kilka ciekawych miejsc, ale żadne nie mogło konkurować z naszym nocnym znaleziskiem. Zachwyciły mnie aweny i leje na zachód od Dudnika. Zdziwiło mnie, że nad nimi także zalegały zwały wydobytej ziemi. Przecież w nich szpatowcy nie mieli czego szukać. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że w okolicach Podlesic wydobywano także „ziemię okrzemkową”. Zwróciło moją uwagę to, jak wiele jest tu miejsc, w których ludzie kopali. Dochodziły do tego okopy z II wojny światowej - zastanawiałem się, czy może kopał je mój dziadek, bo w te okolice wywozili go Niemcy po każdym aresztowaniu. Obiegłem także Sulmów, ale uznałem, że problemy tam leżące wymagałyby ogromnej pracy.
     Zjedliśmy śniadanie. Zrobiło się trochę cieplej. Z nowymi siłami przystąpiliśmy do dalszego kopania. Studzienka pomiędzy ścianą studni a piarżystym zawaliskiem stawała się coraz głębsza. Wraz z głębokością rosło niebezpieczeństwo zawału. Ale na razie zawalisko było stabilne. Ciągle prowadził nas wyraźny (jak na Jurę) ciąg powietrza. W pewnym momencie w ścianie kopanej studzienki zaczął się odsłaniać wylot korytarzyka. Teraz dopiero rzuciliśmy się do gorączkowego  kopania. Wstąpił w nas duch walki. Czuliśmy, że za chwilę puści. 10 minut i zmiana. Kłóciliśmy się, gdy ktoś przeciągał swoją zmianę na przodku. I stało się. Stabilne dotychczas zawalisko, w jednym momencie ruszyło w dół. Wrzasnęliśmy z przerażenia. Patrzyliśmy na Tadka, który był na dole i znikał. Nie zdążył wykonać ruchu. Płynące piarżysko przycisnęło go do ściany. Leżeliśmy nad lejem, na którego dnie spod kamieni wystawała tylko głowa Tadka. W życiu się tak nie bałem. Przerażeni zaczęliśmy go odkopywać. Tadek miał mocną psychę. Oświadczył, że nic mu się nie stało. Mógł kręcić głową. Żartując, uzgadniał z nami kolejność wybieranych kamieni. Gdy uwolniliśmy mu ręce, pomagał nam w dalszym odgruzowywaniu. W końcówce zrobiło się znowu niebezpiecznie. Trzeba było wejść do wąskiego wykopu głową w dół, żeby uwolnić jego nogi. Broniu opuścił mnie tam, trzymając za nogi. Wybierałem kamienie, podawałem Tadkowi, on podawał je Broniowi. I cały czas myślałem-„a jak znowu pojedzie?”. Ale w końcu wykopaliśmy go. Wyszliśmy na powierzchnię. Ochłonęliśmy. Zrobiliśmy herbatę, a przy niej odbyła się burza mózgów. Zdania były  podzielone, ale konkluzja-oczywista. „Przecież nie zostawimy takiego problemu!”
       Znowu weszliśmy do jaskini. Spokojnie pooglądaliśmy zawalisko. Teraz już mieliśmy świadomość, że kopiemy w studni zasypanej wapiennym gruzem powstałym przy eksploatacji szpatu. Przy kopaniu wpadały nam w ręce przepiękne okazy szpatu. Studnia ma swój początek w leju, przed otworem jaskini. Czyli mieliśmy nad sobą około 15 metrów niemal pionowego piarżyska, lekko ustabilizowanego spróchniałym, może kilkusetletnim korzeniem!  Ale przekop znowu sprawiał wrażenie stabilnego. Z duszą na ramieniu wybrałem resztki osuwiska, które przywaliło Tadka. Wsunąłem się nogami do przodu do horyzontalnego korytarzyka. No może „korytarzyk” to dużo powiedziane. Ciasna pionowa szczelina, zarośnięta wspaniałymi grzybkami jaskiniowymi. Długa może 4 metry, w połowie zacisk. Określiliśmy go na Z-1. Szczelina urywała się studnią. Wróciłem po linę. Wtedy jeszcze nie znaliśmy techniki odcinkowej. Lina zawiązana na powierzchni, biegła przez całą jaskinię. Przeciągnąłem ją za sobą i zrzuciłem do studni. Rolek też nie było. Wpięcie ósemki Fiszera utrudniała ciasnota. Zjechałem. Studnia miała 8 metrów głębokości. Wprowadzała do sali o powierzchni cztery na trzy metry. W północnej części komin, zablokowany zawaliskiem i znowu u podstawy zawaliska ogromny pień drzewa. Na głębokości 25 metrów! Przecież nie wyrósł tutaj. Został tu wrzucony? Czyżby ten zawalony komin sięgał kiedyś powierzchni? To zagadka do rozwiązania. Kiedyś. Szpatowcy tu nie dotarli. Nie było żadnych śladów pobytu człowieka. Od sali w kierunku wschodnim odchodzą dwie odnogi z kominami. Jest trochę nacieków, ale bez szaleństw. Nie tak ładne jak te w górnych partiach. W kierunku zachodnim szczelinowy korytarz, zablokowany zawaliskiem. Zawalisko wygląda beznadziejnie. O wiele gorzej niż to, przez które właśnie się przekopaliśmy. Ale to stąd wydobywa się strumień powietrza! To ten sam, który wcześniej był naszym przewodnikiem. Beznadzieja. Choć wykonałem próbne grzebnięcie. Może...? W kierunku południowym, niewielki prożek sprowadza do salki z pięciometrowym kominem. Ekipa zjechała do mnie. Nie braliśmy pod uwagę tego, że zawalisko znów może popłynąć. Cieszyliśmy się jak dzieci. Wyszliśmy z jaskini. Postanowiliśmy nadać jej nazwę Jaskinia Zawał. Wracaliśmy w wybornych nastrojach. Na przystanku w Podlesicach pełen luz. Nie to, co latem, kiedy szturmujący drzwi autobusu tłum spychał nas do rowu a selekcjonujący na schodkach autobusu kierowca wołał: „Z plecakami nie biorę!”. Peron zawierciańskiego dworca kolejowego, na którym przesiadywaliśmy godzinami, oczekując na swój pociąg,  był naszym drugim domem. Zimno zupełnie nam nie przeszkadzało. Ech, młodość …!